Demokracja umiera w ciszy, czyli obserwacje Wielkanocne 2023 roku

Motywem przewodnim fascynującego serialu „Fauda” jest niekończąca się wojna pomiędzy Żydami i Arabami, głównie Palestyńczykami. Ten niekończący się spór przybiera lub maleje na sile w różnym czasie, ale nigdy nie wygasa. Kolejne pokolenia Izraelczyków i Palestyńczyków przekazują sobie ten gen nienawiści jak plemienny kod. Wygląda na to, że tego rowu nie da się zasypać ani dziś, ani za kilkadziesiąt lat.  

Żyjemy w czasach bezprecedensowego zamachu na demokrację, od lat próbuje się podważać jej najważniejsze zdobycze i nie jest to tylko domena polskiej polityki. Co gorsza – rozkład ten dociera do nas z najstarszej demokracji świata, Stanów Zjednoczonych, które podzielone są tak samo głęboko jak Izrael, Polska, Węgry, czy najstarsze demokracje Europy. Dokąd ten świat zmierza, naprawdę trudno przewidzieć. Trumpizm, Kaczyzm, Orbanizm i Putinizm jako synonimy określonej metody rządzenia mają się ciągle jeszcze nieźle.

Wielkanoc to czas zadumy, niezależnie od wyznawanej wiary i wyznawanych wartości. Tegoroczny Wielki Tydzień jest rzeczywiście wielki, niekoniecznie jednak w związku z najważniejszym dla chrześcijan świętem – tegoroczny Wielki Tydzień jest wielki, kalibrem spraw, którymi obóz rządzący nas obdarowuje, w imię, a jakże, Chrystusa Pana naszego amen. 

Polska bieżączka. 

Na początek mała rozgrzewka. Siadamy wygodnie w fotelu (ja w moim ulubionym szezlongu) i jedziemy.  

Bianka Mikołajewska na Twitterze:  

„Premier Morawiecki przyznał 4,3 mln zł dotacji Fundacji ‘Potrafisz Polsko!’. Miała być ona zapleczem eksperckim ruchu Kukiza. Za pieniądze z dotacji organizacja będzie popularyzować referenda – czyli realizować jeden z punktów politycznego programu Kukiza”. 

Paweł Wroński w komentarzu:  

„W Kukizie cenią to, że nikt go nie kupi”.  

Pamiętacie te ważne słowa Pawła Kukiza o napluciu w twarz, jeśli zostanie politykiem? No i te, że nigdy nie da się kupić? Dziś dochodzą nas słuchy, że będzie startował z list PiS. 

A Oskara Szafarowicza też pamiętacie? 

Taki młody hejter, działacz młodzieżówki PiS znany m.in. z bezpardonowych ataków na Magdalenę Filiks. Właśnie został specjalistą w państwowym PKO BP i ma się tam zajmować pozyskiwaniem młodych pracowników. Nie wiemy jeszcze, czy będzie łączył dwa etaty, bo nadal jego osobę wiąże się z Krajowymi Zasobami Nieruchomości – to zgodnie z tajną umową koalicyjną zawartą między Kaczyńskim a Bielanem łup partii Republikanie.  

A Narodowe Centrum Badań i Rozwoju kojarzycie? Pewnie, że tak, to przecież kolejny łup Bielana. No więc owo NCBiR zamówiło „usługę kateringu dla spotkań promocyjnych w Brukseli” za kwotę 2,1 mln zł. Tenże katering zamówili sobie dla biura, w którym pracuje 5 osób, i na które to biuro Centrum w ubiegłym roku wydało 6 mln zł. A teraz uwaga – do tej pory odbyły się tam 4 wydarzenia z poczęstunkiem. Za ponad dwie bańki.  

A teraz temat, który jest hitem ostatnich godzin.  

To sprawa męża marszałek Witek, w której nie chodzi o to, że „zajęta karierą nie miała czasu opiekować się mężem”, tylko o to, że ktoś świadomie podejmował decyzję, aby mąż ważnej polityczki PiS traktowany był przez 2,5 roku jako chory specjalnego znaczenia na oddziale OIOM, który nie służy do leczenia paliatywnego, tylko ratowania życia ludziom.  

W sprawie tej są trzy wątki do wyjaśnienia: 

1. Kto i dlaczego zezwalał na ponad 2,5-letni pobyt męża marszałek Witek na OIOM. 

2. Kto i dlaczego zezwalał na odwiedziny chorego podczas pandemii, gdy milionom Polaków nie wolno było odwiedzać chorych.  

3. Powiązania pani Witek ze szpitalem w Legnicy (co bezpośrednio łączy się z punktami 1 i 2). 

Jeśli chodzi o punkt trzeci, wyjaśnienia będą wymagać zwłaszcza powiązania Pani marszałek z Panią prezes Jaworskiego Centrum Medycznego. W tle są ponoć związki z KGHM. Piszę w trybie przypuszczającym, bo wygląda na to, że to dobry materiał dla dziennikarzy śledczych. 

Jak podał NFZ w ciągu ostatnich 5. lat odnotowano w całej Polsce 83 przypadki pacjentów leżących na OIOM ponad rok. Ale warto byłoby wiedzieć, ilu pacjentów leżało na oddziałach intensywnej opieki ponad 2 lata i ilu z nich to członkowie rodzin PiS, bo to jest, zdaje się, sednem tej sprawy. Póki co tych danych NFZ nie podaje.  

W sprawie Pani marszałek mamy do czynienia (prawdopodobnie) nie tylko z nadużyciem stanowiska, ale przede wszystkim ze specjalnym traktowaniem polityków obozu władzy. „Mój ból jest lepszy niż twój” oraz „mój chory jest ważniejszy niż twój”. Oto dewiza szacunku do ludzi według PiS. Kaczyński mógł odwiedzać w pandemii grób brata, Witek mogła odwiedzać męża, mimo że milionom obywateli takiego prawa odmówiono ustawą.  

Politycy i wyborcy PiS bezkrytycznie i bezwstydnie solidaryzują się z Karolem Wojtyłą a teraz z Elżbietą Witek, ale nigdy z ofiarami pedofilii lub osobami, które mogłyby przeżyć, gdyby OIOM nie traktować jak oddział opieki paliatywnej. Trudno uniknąć wrażenia, że tak właśnie PiS dba o skrzywdzonych. Niewiarygodna wręcz hipokryzja. 

Na koniec tego wątku tweet Stanisława Żerko, jak sam o sobie pisze – socjalisty z odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym (guru wyznawców PiS): 

„Na miejscu p. Witek postąpiłbym tak samo. Wykorzystałbym wszystkie moje wpływy, by uzyskać taką sytuację. I zrobiłbym wszystko, by to nie wyszło na jaw – by nic o tym nie dotarło do opinii publicznej. Tylko nie nazywałbym hienami media, które by to ujawniły”. 

Tak, sprawa marszałek Witek to niebywały skandal. Nie wierzę jednak, aby przyniósł jakiekolwiek szkody obozowi Zjednoczonej Prawicy. Elektorat PiS na wszystkie afery tego obozu jest głuchy. Dlaczego? To materiał na inny felieton.  

W obozie Rozdzielonej Opozycji nie jest lepiej. 

Chyba są problemy w koalicji PSL i PL2050. Dla PSL ta koalicja jest jedynie przystankiem w drodze do szerszej koalicji KO, PL2050, PSL, ale rzecz w tym, że dla Hołowni i jego parlamentarzystów pochodzących głównie z PO to koniec drogi, bo związek z KO (zwłaszcza z PO) jest dla Hołowni i jego posłanek i posłów nie do przełknięcia. Można więc powątpiewać, czy Panowie Kosiniak-Kamysz i Hołownia dojdą do porozumienia.  

Jedna, wspólna lista staje się zatem coraz większą mrzonką, co jest może i do zaakceptowania, pod warunkiem, że wszystkie cztery ugrupowania zawrą jawne porozumienie o nieagresji. Niestety nie bardzo w to wierzę, bo samodzielny start z automatu generuje naturalną potrzebę uderzania w przeciwnika, zwłaszcza, gdy elektoraty się zazębiają i każdy z tych czterech ugrupowań ma ochotę na wyborców centrowych. I to niestety jest największym nieszczęściem polskiej opozycji i wyborców opozycji. Nie będzie wspólnej listy i nie będzie paktu o nieagresji, bo ci mali (a głównie Hołownia) chcą ugryźć część tortu, którego KO broni z oczywistych względów. 

Jak podaje RMF problemy są także przy tworzeniu Paktu Senackiego 2023 – małe partie narzekają ponoć na to, że PO nie chce ustąpić im miejsca i oddać więcej miejsc na liście do Senatu. Wydaje się jednak czym innym to, że największa partia opozycyjna broni swoich przyczółków, w odróżnieniu od żądań jednej z dwóch równorzędnych partii w „koalicji” PL2050 i PSL – jak podały bowiem Justyna Dobrosz-Oracz i Iwona Szpala z Gazety Wyborczej, partia Hołowni chce samych jedynek na wspólnej liście tych partii. Moim zdaniem to jednak dwie różne sytuacje.  

Zamach na demokrację. 

W cieniu tzw. bieżączki odbywa się cichy zamach na rzecz świętą w demokracji, czyli wybory.  

Komisarze wyborczy wybrani przez ministra resortu spraw wewnętrznych i administracji, 24 godziny na policzenie głosów, komisje wyborcze za granicą oddalone o setki kilometrów a w Polsce na tzw. prowincji dodatkowe – wszystko to powinno zapalić czerwoną lampę ostrzegawczą wszystkim wyborcom i politykom opozycji. Ale czy zapala, nie jestem taki pewny.  

W jaki sposób odbywa się ten cichy zamach na najważniejszy element demokratycznego, wolnego państwa prawa, jakim są powszechne, wolne i równe wybory? Poprzez nowelizację kodeksu wyborczego i naprawdę najmniej istotne jest w niej to, że została uchwalona na mniej niż 6 miesięcy przed wyborami. Do tej pory istniała zasada, że nie wprowadza się zmian w ordynacji wyborczej w czasie krótszym niż pół roku do elekcji. Co innego jest jednak istotne.  

Państwowa Komisja Wyborcza wybrała właśnie komisarzy wyborczych, których przedstawił Komisji minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński (ten sam, którego ułaskawił przedwcześnie w 2015 roku Andrzej Duda) w przeddzień ostatniego dnia terminu zapisanego w ustawie. Na 93. nowo powołanych komisarzy, 47. to prawnicy, którzy zawdzięczają swoje awanse zawodowe obecnej władzy. Są wśród nich głównie neo-sędziwie powołani na sędziów przez neo-KRS. Wcześniej dokonano też zamachu na samą PKW, rugując z niej sędziów i zamieniając ich urzędnikami. Obecnie w PKW tych pierwszych jest tylko dwóch.  

Ale kluczowym elementem zamachu na wybory jest art. 230, § 2 Kodeksu wyborczego: „Jeżeli okręgowa komisja wyborcza nie uzyska wyników głosowania w obwodach głosowania za granicą albo na polskich statkach morskich w ciągu 24 godzin od zakończenia głosowania, głosowanie w tych obwodach uważa się za niebyłe”. 

W Londynie właśnie zakończono eksperyment, w którym zbadano, ile głosów można policzyć w ciągu 24. godzin, a warto tu też dodać, że zmianie uległ również sam sposób ich liczenia – obecnie komisja wyborcza nie może dzielić się na podgrupy w celu przyśpieszenia procedury zliczania głosów, tak jak było to dotychczas. Obecnie każda karta do głosowania musi być pokazana całej komisji, co de facto wydłuża czas liczenia. Londyński eksperyment wykazał, że realnie w ciągu 24. godzin możliwe będzie policzenie około 1600. głosów. A za granicą komisje wyborcze mają znacznie więcej głosujących wyborców, gdyż liczba tych komisji jest ograniczona. Oznacza to, że większość oddanych tam głosów, a jak wskazują badania, Polacy poza Polską są bardziej antyPiS niż w Polsce, wyrzucona zostanie do kosza.  

Jak podaje OKO.Press, Kamil Arendt, działacz polonijny, uczestnik londyńskiego eksperymentu tak to argumentuje: „W 2019 roku spośród wszystkich 314 zagranicznych komisji tych, które przekroczyły 2 tysiące zapisanych wyborców, było aż 51, czyli 16 proc., podczas gdy w kraju takich komisji było jedynie 0,7 proc. Aż 84 proc. wyborców zagranicznych głosowało w placówkach w Europie i to właśnie w dużych europejskich miastach było największe oblężenie lokali wyborczych. Rekord pobiła komisja w londyńskiej dzielnicy Ealing, dużego skupiska Polonii, która musiała obsłużyć 6 tys. głosujących, ponaddwukrotnie więcej niż rekordzistka z Polski, komisja na warszawskim Targówku, gdzie głosowało 2700 obywateli”. Jak łatwo można wyliczyć ok. 16-20 proc. komisji poza granicami Polski wypadnie z gry.  

Można by to poprawić, zwiększając liczbę komisji, ale tym zajmuje się Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Nie ma żadnej gwarancji, że MSZ zorganizuje więcej punktów do głosowania – nie leży to przecież w ogóle w interesie obozu władzy. I to jest kolejny punkt zamachu na wybory, tym razem na ich powszechność.  

Ale to nie wszystko. Aby zwiększyć swoje szanse obóz Zjednoczonej Prawicy dodał w ordynacji wyborczej możliwość tworzenia większej liczby komisji wyborczych w Polsce, a konkretnie na tzw. prowincji, gdzie od lat wygrywa PiS. Tu można tworzyć punkt do głosowania w miejscowościach, które mają minimum 200 dusz. Ponadto gmina ma obowiązek dowieźć głosujących na miejsce (o odwiezieniu do domu już mowy nie ma). Mały drobiazg, jakim są nieporównywalnie większe zasoby finansowe na kampanię wyborczą po stronie obozu PiS, wydaje się przy tym wszystkim mało znaczącą kwestią.  

Wybory wygra ten, kto będzie potrafił bardziej zmobilizować wyborców. Póki co lepiej robi to obóz Zjednoczonej Prawicy (ma pod tym względem łatwiejszy elektorat), obóz Rozdzielonej Opozycji miał z tym zawsze problem i tym razem, jak dotąd, wygląda na to, że nic się pod tym względem nie zmieni.  

Wydaje się więc, że nadchodzi czas, w którym wyborcy obozu demokratycznego powinni zacząć poważnie myśleć, co należy zrobić, jeśli oczywiście nie chcą obudzić się na jesieni w trzeciej kadencji PiS, a ta będzie oznaczać totalny demontaż państwa i demokracji. Polexit stanie się faktem.  

*** 

Wielkanoc to czas refleksji. Może wielkanocny stół w niedzielny, rezurekcyjny poranek przyniesie jednak jakieś otrzeźwienie. Niedzielne śniadanie ma przecież charakter jednoczący wspólnotę, obojętnie – religijną czy wokół uniwersalnych wartości.  

Podczas gdy zajmujemy się kolejnymi kuksańcami między wyborcami i politykami opozycji, tym, kto komu wskoczy ma kolanka, obóz władzy szykuje Polkom i Polakom w zaciszu gabinetów prawdziwy zamach na demokrację. 

Tylko od nas samych zależy, czy damy się zapędzić do tej zagrody jak stado baranów na rzeź.  

Good night and good luck państwu. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *