Dzieje się, dzieje w państwie polskim. Frakcja ziobrystów nieustannie naciska na frakcję Morawieckiego, nad-premier od bezpieczeństwa narodowego nad konfliktem nie panuje (aktualną bronią jest weto budżetu unijnego), szumnie otwarty Szpital Narodowy okazuje się być szpitalem dla zdrowych, pandemię rząd zwalcza mniejszą liczbą testów, a upadające firmy z wielu branż właśnie dowiedziały się o wsparciu dla celebrytów, którzy (jak wiadomo) ciężkie życie wiodą. Żeby było mało, bo nudno jest jakoś, wypłynęła kolejna rozmowa z cyklu „przychodzi wysłannik PiS do…”
I Bóg stworzył gender.
W tym natłoku spraw bardzo ważnych, temat aborcji i protestów z tym związanych, odpłynął chwilowo na plan dalszy a to przecież sprawa fundamentalna. Odpowiedź na pytanie zadane w tytule, okazuje się być wcale nie taka błaha – to podglebie problemu i jego głębokie sedno.
Od razu wyjaśnię, aby uniknąć nieporozumień – nie jestem psychologiem, a tekst poniższy żadną analizą naukową nie jest, ot tylko moimi spostrzeżeniami wspartymi beletrystyką.
Odpowiedź na zadane pytanie niechybnie prowadzi nas ku historii. To historyczne uwarunkowania, z którymi prawicy przychodzi się od kilkudziesięciu lat mierzyć, są źródłem owego strachu. Pominę tu opis ewolucji ssaków naczelnych, dość powiedzieć, że od zarania wieków miejsce kobiety i mężczyzny w społeczności (społeczeństwie) zostało ukształtowane głównie fizycznością człowieka. Wiadomo – mężczyzna jest większy i silniejszy, kobieta – mniejsza i słabsza. Podobnie jak u wielu ssaków. W konsekwencji mężczyzna zajmował się gonieniem mamutów, kobieta – jadłem i dziećmi. W drodze ewolucji mamuty wymarły, pojawiły się bizony a później byki w zagrodach. Koniec końców mężczyzna zawsze był od zabezpieczania rodziny w dobra, kobieta – od całej reszty. Mówiąc krótko, tym właśnie jest gender. Do sprawy kto w tej parze jest obecnie silniejszy, wrócimy w dalszej części tekstu.
Najpierw prawo głosu, potem prawo do orgazmu.
Tak to mniej więcej trwało wieki całe, aż nadszedł czas rewolucji przemysłowej. Wiek XIX przeorał świadomość ludzi dość znacznie. Efektem owej rewolucji był nie tylko rozwój nowych klas społecznych, ale – o zgrozo – powstanie tak zwanej I fali ruchu feministycznego. Krótko mówiąc – kobietom znudził się ten przez wieki podtrzymywany i chroniony, także przez wszystkie religie znane na Ziemi, patriarchat. Bo oczywiście, w tym wszystkim, zapomnieć nie można o religiach – tak się dziwnie składa, pisanych wyłącznie przez mężczyzn.
O ile I faza feminizmu (przełom XIX/XX wieku) dotyczyła głównie wojny o prawa człowieka i obywatela, w tym prawa do głosu w wyborach, to fala II (lata 60-70. XX wieku) dotyczyła seksualności kobiet, mówiąc krótko ich prawa do świadomego orgazmu, co dla większości mężczyzn wykracza poza męskie zdolności nie tylko percepcji, ale też umysłu, czy raczej zmysłów.
Zatem od ponad 100 lat świadomość kobiet, ku rozpaczy mężczyzn, rośnie i to szybciej niż męskiej części ludzkości. I niech was nie pociesza fakt, że laureatami nagród Nobla są w większości panowie, dzieje się tak dlatego, że kobieta z naturalnych względów chcąc robić karierę (na przykład naukową) swój czas dzielić musi między pracę zawodową a dom. Wszakże wiadomo, że to facet jest od wielkich idei, kobieta od drobiazgów dnia codziennego.
Rzecz w tym, że gdy on te wielkie idee wymyśla, ona usadza go swą realnością, dla niego tak przyziemną, że aż kobiecą. Natura, albo Bóg – zależy od punktu widzenia – dała w ten sposób ludzkości bezpiecznik, bo gdyby kobiety na świat patrzyły oczami mężczyzn, już dawno żylibyśmy w jaskiniach, zataczając bieg historii po jakimś nuklearnym kataklizmie.
W tym miejscu dochodzimy do oczywistej prawdy, czyli truizmu, że ona i on na Ziemi są po to, aby się uzupełniać.
Od poddanej do szefowej.
Niestety (dla mężczyzn), natura (lub Bóg) dała też kobiecie rozum, do tego bardziej chłonny, który swą chłonność kształtował przez owe wieki męskiej dominacji. Można więc śmiało skonstatować, że to facet swym egocentryzmem hołubionym przez stulecia stworzył sobie nie tyle poddaną, co partnerkę, a czasem wręcz mocnego konkurenta – dziś powiemy: konkurentkę.
I tu dochodzimy do sedna. Prawica boi się kobiet, bo dzisiaj to często osoba, która mężczyźnie zagraża. Do tego często bardziej sprawna intelektualnie i bardziej odporna na najgroźniejszą dla mężczyzn chorobę współczesności – stres. Krótko mówiąc stało się tak, że nawet gdy umęczony pracą wraca do domu, spotyka w nim nie służącą (jak przez wieki), tylko konkurującą z nim, świadomą istotę. Noż do cholery jasnej! Żeby nawet w domu nie mieć spokoju!
Tak oto, wychowany w tak zwanym tradycyjnym domu facet, popada w histerię i nie może pojąć, jak jego Bóg mógł mu to zrobić? Czym odpowiada? Oczywiście tym, czego go w domu nauczono – nakazem. Rzecz w tym, że te nakazy przestały już działać, co powoduje kolejne frustracje. Bo w swym ograniczonym umyśle, prawicowy mężczyzna ubzdurał sobie, że ma nad kobietą władzę niepodzielną, nie dopuszczając do myśli rzeczy najbardziej oczywistej – że to jeno jego imaginacja, nic więcej.
Tylko słaby mężczyzna boi się kobiety, która chce jedynie mieć to samo, co ma on, czyli własne zdanie. I to jest tak naprawdę istota tej „ideologicznej” wojny, która z ideologią nie ma nic wspólnego.
Co się zaś tyczy prawicowych kobiet, które boją się kobiet, źródło owego strachu leży w świadomości kształtowanej przez religię – te kobiety po prostu są nieco w tyle za tymi bardziej śmiałymi. W ewolucji społecznej zawsze ktoś niósł jakiś sztandar. One też dołączą, tylko nieco później.
Jest coś strasznego w tym, że to mężczyźni (i zniewolone kobiety) chcą siłą lub podstępem narzucać większości kobiet ich wolę. Do tego często manipulacją i kłamstwem. I wcale nie idzie tu o ochronę życia poczętego, bo gdyby o to szło, zakazać powinni wszelakiej aborcji, także gdy płód jest wynikiem gwałtu lub po prostu zagraża życiu matki. Tu idzie o utrzymanie męskiego status quo, tego, co przez stulecia mężczyzna nosił w sobie.
Forever choice.
W tej chorej dyskusji padają „argumenty” o tym, że kobieta ma nieść krzyż oraz że aborcja to dla kobiet zabieg kosmetyczny. Oba są kłamliwe i wredne, bo z jakiej niby racji krzyż ma nosić kobieta, a dlaczego nie mężczyzna, skoro jest silniejszy? Kobieta swoje krzyże nosi od czasu pierwszej menstruacji, przez ciążę (jeśli są powikłania), poród i połóg, po menopauzę. Wystarczy. Argument drugi jest z kolei tak uwłaczający, że używać go mogą wyłącznie osoby o rozumie wiewiórki, nie obrażając rzecz jasna wiewiórek.
Instytucjonalne podejście do aborcji nie ma długiej historii, zaledwie ponad 100 lat. W polskim prawie do roku 1932 była całkowicie zakazana. W 1932 dopuszczono wyjątki. W 1993 zawarto tzw. kompromis aborcyjny, który jednak kompromisem nigdy nie był. W Stanach Zjednoczonych aborcja jest legalna bez ograniczeń, w Wielkiej Brytanii podobnie, w Japonii także legalna i to od 1948 roku. W prawie wszystkich krajach europejskich aborcja jest dopuszczalna na życzenie kobiety. Nielegalna i zabroniona jest w Lichtensteinie, Andorze i San Marino (z wyjątkiem zagrożenia życia matki).
Zasadniczą kwestią jest zaś fundamentalne pojęcie, jakim jest wolność. Światopoglądowa prawica rozumie to pojęcie tylko w sposób wybiórczy – wolność może być tylko ta, którą aprobuje. To dlatego Marsz Niepodległości jest wyrazem patriotyzmu, choć już dawno nic z patriotyzmem nie ma wspólnego, a marsze organizowane przez Strajk Kobiet są zamachem na patriotyzm. To dlatego dozwolone jest wieszanie portretów europosłów opozycji jako zdrajców narodu, a hajlowanie na ulicy wyrazem wolności słowa. I dlatego właśnie w świecie konserwatywnej i skrajnej prawicy nie ma czegoś takiego jak wolność kobiety. Wolny wybór, jaki powinna mieć kobieta, to zaprzeczenie całej drogi ewolucji według ich pojęcia świata. Tymczasem podstawą wszystkich ruchów pro-choice jest wolny i świadomy wybór. Kobiece „nie” znaczy nie. Kobiece „tak” kobieta sygnalizuje inaczej i ma na to sto sposobów.
Aby lepiej opisać, jakie są to sposoby, pozwolę sobie zacytować fragment pewnej powieści (pornograficznej, jak nazywa ją prawa strona rzeki). Powieść ta leży sobie spokojnie w szufladzie, czekając na normalniejsze czasy…
Klucz.
Klucz, to pożądane w życiu narzędzie. Kluczem otwierasz i zamykasz drzwi do domu własnego lub domu bliskiej ci osoby. Niekoniecznie jest to twoja matka, czy być może samotny już ojciec. Kluczem otwierasz też skrzynkę na listy, często wyjmując z niej te niepożądane. Czasem w skrzynce są też listy, na które czekasz z nadzieją. Dziś kluczem najczęściej jest hasło do skrzynki mailowej, bo już dawno przestaliśmy wysyłać sobie koperty pachnące lawendą. Zamiast nich piszemy do siebie krótkie zdania, zamieniane potem na zero-jedynkowy kod binarny, buszujący w zimnej przestrzeni Internetu. Kluczem otwierasz też swój nowy samochód, nabyty w promocyjnym leasingu lub kredycie – cudo. Kluczem zamykasz też własny pamiętnik, spowiedź pisaną wyłącznie dla siebie.
Kluczem nie musi być wcale kawałek zimnego, bezdusznego metalu. Kluczem może być zbiór cech oraz wrodzonych i nabytych zdolności, dzięki którym otwierasz umysł kobiety. A ona chroni go i szczelnie zamyka, do czasu tylko, gdy odgadniesz do niego ten tajemny kod. Głównie dwunastocyfrowy. Czasem trafiasz od razu, czasem trwa to dość długo, ale nigdy nie jest to czas stracony. Odgadywanie tajemnego kodu nadaje mężczyźnie sens istnienia – błądząc z początku po omacku, zapuszcza się w coraz to głębsze ostępy kobiecej duszy.
A to poszukiwanie jest jak wejście w czarną, ciemną skrzynkę, którą za chwilę ekwilibrysta przetnie na pół swą błyszczącą szpadą – nigdy nie wiesz, czy zapadnia pod sceną otworzy się na czas, abyś przed nią uciekł.
Klucz nie otwiera kobiet od razu, nawet gdy już znalazłeś pełny kod. To byłoby zbyt proste i oczywiste, a one przecież nie są tak oczywiste, jak myślisz. Po czym poznać, że trafiłeś ostatnią cyfrę? Uważnie obserwuj. Zacznie się od rzucanych niby to ukradkiem spojrzeń. Gdy spojrzenia staną się częstsze, niechybnie czeka cię drugi krok, w którym ona będzie coraz bliżej i dłużej przy tobie. Nagle się o ciebie otrze, na chwilę dotknie twej dłoni, stanie tak blisko, abyś, oczywiście przypadkiem, musnął ramieniem jej piersi – nie od razu się cofnie. Trzeci krok zobaczysz, gdy otwierając jej drzwi do samochodu, będzie do niego wsiadać. Wcześniej założy na siebie sukienkę lub spódnicę mini. Wsiadając, dyskretnie rozsunie uda, ukazując biel lub czerń swojej bielizny. Potem spojrzy na ciebie, uśmiechając się trochę wyzywająco, trochę z zakłopotaniem. Bądź uważny, gdy to przegapisz – już po tobie. Ten widok, choć trwający krótką chwilę, wryje ci się w pamięć na długie lata – być może na zawsze.
Ostatnim krokiem będzie pierwsze zbliżenie. Gdy kobiece usta spotkają się z twoimi, ów zamek możesz uznać za otwarty. Jeśli przejdziesz wcześniej trzy opisane kroki, akt oddania będzie pełny tylko wtedy jednak, jeśli go nie spieprzysz. Więc zapomnij o World of Tank, którą aktualnie uskuteczniasz na kompie, zapomnij też o sprawozdaniu, które musisz na jutro zrobić dla szefa, a jeśli sam jesteś dla siebie szefem, zapomnij o przelewach do ZUS, które musisz pilnie zrobić następnego dnia. Wejdź na Mont Everest swojej wyobraźni, uruchom ją i daj się ponieść, otwartej, jak delta rzeki, jej kobiecości.
A gdy już znajdziesz do niej ten tajemny patent, zapomnij, że możesz ją wpisać do swej wieczystej księgi in perpetuam rei memoriam. Nic bardziej mylnego! W tym zgubnym uczuciu posiadania nie możesz nigdy zapomnieć, że szyfr do zamka nie jest ci dany raz na zawsze. To najbardziej złudne wrażenie jakim szczyci się każdy facet. Któregoś dnia zamek może się nie otworzyć, a ty staniesz nagle pod drzwiami z całkowicie bezużytecznym kluczem.
I to właśnie najbardziej jest intrygujące…
Dlatego właśnie światopoglądowa prawica boi się kobiet.