Nigdy nie jest dobry czas, czyli polemika z profesorem Matczakiem  

Mojemu Wnukowi  

Od dwóch lat piszę znacznie mniej felietonów, niż miało to miejsce w czasach słusznie minionych rządów obozu PiS. Głównym powodem jest to, że zdecydowanie mniej spraw mnie bulwersuje i porusza. Wiadomo, jestem, wszakże, platformerskim betonem – tę oczywistą ironię wielu moich fanów z prawej traktuje jak poznawczy aksjomat. Tymczasem prawda jest taka, że rzeczywiście mniej spraw mnie porusza na tyle, aby pisać o tym obszerniej niż na platformie X.  

Przez ostatnie dwa miesiące nic mnie tak nie poruszyło, jak przedwczorajszy wpis profesora Matczaka w sprawie transkrypcji aktów małżeństwa. I mnie wzięło. Nie tylko dlatego, że sprawy związane z osobami LGBT są mi szczególnie bliskie, o czym w dalszej części felietonu, ale głównie z powodu fundamentalnego braku zgody z opiniami Profesora. Tak, jestem wzburzony i zbulwersowany nie tylko argumentacją Profesora, ale także sposobem, w jaki ją przedstawił.  

Co mnie tak poruszyło? Pewien rodzaj nieznośnego fałszu, który przebija się w tych opiniach, zaprzeczanie samemu sobie i próba bycia Wyrocznią, która będzie dobra dla obu stron sporu, czyli dla nikogo. Uderza coś, co od jakiegoś czasu zauważam u Profesora – filozofia ciastka, czyli jak je zjeść i jednocześnie nie zjeść.  

Profesor swe tezy wyłuszczył w artykule opublikowanym w Gazecie Wyborczej 29 kwietnia. We wpisie na platformie X podsumował je, okraszając każdą z tych tez tęczowym symbolem społeczności LGBT. I to ta symbolika, w zestawieniu z tymi tezami, uderzyła mnie najbardziej. Panie profesorze – to był słaby zabieg. Rozumiem, że chciał Pan podkreślić swoje poparcie dla tej społeczności, ale w zestawieniu z tym, co Pan napisał, wyszła z tego tania sztuczka. Pan, Panie profesorze, w istocie społeczność tę obraził.  

Żebyśmy mieli wiedzę, czego dotyczy moja polemika, zacytuję wpis Profesora (już bez tej tęczowej symboliki, która u Pana profesora jest nie na miejscu):  

Niedawno NSA wydał wyrok nakazujący transkrypcję zagranicznego aktu małżeństwa pary jednopłciowej do polskich ksiąg USC.  

Ponieważ rząd zwleka z jego wykonaniem, społeczność LGBT zarzuca Donaldowi Tuskowi kunktatorstwo, a nawet zdradę środowisk, które wspierały go w sporze z poprzednią władzą. O sprawie jest głośno – czy nie za głośno?  

Te emocje są zrozumiałe. Na szali leży ludzka godność i poczucie, że państwo odwraca się od swoich obywateli. A jednak ta sytuacja rodzi ważne pytanie: jaką strategię w sprawach tożsamościowych powinien przyjąć obóz postępowy w kraju, w którym realne jest zwycięstwo skrajnej prawicy w kolejnych wyborach? I czy kwestię godności można w ogóle rozpatrywać w kategoriach strategii?  

Godność człowieka jest nienegocjowalna. Można jednak negocjować strategię jej obrony, bo trzeba ją rozpatrywać w konkretnym kontekście społecznym.  

Czy dla ochrony praw społeczności LGBT lepsze będzie natychmiastowe i całościowe (nie pojedyncze, dotyczące jednej pary) wdrożenie wyroku, czy mądre zarządzanie konfliktem społecznym? Wydaje się, że to ostatnie właśnie robi rząd Tuska.  

Z jednej strony więc ten spór jest prawnie i moralnie uzasadniony, z drugiej zaś jego eskalacja ma poważne konsekwencje. Czy więc nie powinno się powiedzieć: „Ciszej nad tą transkrypcją”?  

To, co słuszne prawnie, nie zawsze musi być tematem dominującym w agendzie medialnej. A jest – moim zdaniem bezrefleksyjnie, na zasadzie tego, że konflikt dobrze się sprzedaje. Tymczasem taka strategia presji i publicznych oskarżeń ze strony społeczności LGBT może zaszkodzić ludziom, którym ma służyć.  

Dlaczego? Bo temat transkrypcji jest dla prawicy darem. Łatwo o nim powiedzieć: „Oto ta lewacka Unia znowu narzuca nam swoją ideologię”. Jednocześnie badania (m.in. Pippy Norris czy Noama Gidrona) pokazują, że kiedy debata publiczna toczy się na osi wartości i tożsamości, partie prawicowe rosną w sondażach. Kiedy debata wraca na oś ekonomiczną i socjalną – tracą.  

Głośna walka o transkrypcję jest więc dokładnie tym, o czym marzą PiS i Konfederacja. One od lat budują swoją siłę na „obronie rodziny przed ideologią”. Kiedy taki temat wraca na pierwsze strony gazet i programów informacyjnych, zacierają ręce.  

Część środowiska LGBT+ skupia się jednak mocno na tym symbolicznym froncie. Uważam, że w ten sposób nie dostrzega, że walka o równość toczy się w szerszym kontekście.  

O jaki kontekst chodzi? I w USA, i w Polsce strategia konfrontacyjna w sprawach LGBT pomogła w ostatniej dekadzie prawicy. Dziś sondaże pokazują, że Konfederacje razem mają około 20 procent poparcia i że mimo przewagi KO mogą wraz z PiS po 2027 roku rządzić. Jeśli będą rządzić, cofną reformy dotyczące społeczności LGBT o kilkanaście lat. 

Nie będziemy wtedy już dyskutować o transkrypcji, ale o delegalizacji Parady Równości i o „strefach wolnych od TEJ ideologii”. Zwycięstwo medialne dziś może oznaczać katastrofę prawną za dwa lata. Czy to jest cena, którą warto zapłacić?  

Polacy zmieniają swoje postawy wobec par jednopłciowych pod wpływem normalności, nie przez konfrontację i manifesty. Kiedy sąsiad gej czy kolega z pracy gej żyją obok nas, budują dom i płacą podatki, ta codzienność zmienia serca i ludzkie preferencje. Badania CBOS pokazują, że w 2005 roku tylko 15 proc. Polaków znało osobiście osobę LGBT+, a w roku 2024 było to już 47 proc.  

W tym samym czasie poparcie dla związków partnerskich wzrosło z około 40 proc. do 62, a dla małżeństw jednopłciowych – z kilkunastu do około 50 proc.  

Istnieje tu więc napięcie – z jednej strony trzeba pilnie chronić godność mniejszości, z drugiej należy budować szerokie poparcie dla tej sprawy w podzielonym społeczeństwie – a to robi się ewolucyjnie. Od tego, jak rozwiążemy to napięcie, wiele zależy. 
 

Każda zainteresowana i każdy zainteresowany prawami społeczności LGBT oceni sobie tezy Profesora wedle swojego uznania, ja jedynie pozwolę sobie odnieść się do tego, co mnie najbardziej uderzyło.  

Po pierwsze, skoro godność ludzka jest nienegocjowalna, to dlaczego nawołuje Pan do negocjowania sposobu jej prawnego usankcjonowania? Widzę tu wyraźną sprzeczność.  

Po drugie, skoro jest Pan orędownikiem praworządności, głosi Pan wszem i wobec jej nadrzędną rolę w każdym państwie, dlaczego Pan broni pokrętnej interpretacji wyroków TSUE i NSA przez Donalda Tuska, Marcina Kierwińskiego i Rafała Trzaskowskiego? Przecież praworządność to przede wszystkim respektowanie wyroków sądów. A może się mylę? Widzę tu kolejną sprzeczność.  

Po trzecie, wielokrotnie powtarzał Pan, że prawo to nie tylko sama jego litera, ale także sens orzeczeń sądowych (tzw. duch prawa). Przecież doskonale Pan wie, że wyrok NSA nie dotyczy tylko jednej pary, tak jak to próbują pokrętnie interpretować wyżej wymienieni, ale każdego, kto jest taką transkrypcją zainteresowany. NSA stwierdził również, że ani problemy techniczne związane z systemem, ani przepisy polskiego prawa, w tym Konstytucji, nie stanowią przeszkody dla dokonania transkrypcji. Dlaczego więc Pan broni tej taktyki? To kolejna sprzeczność.  

Po czwarte, skoro sam Pan pisze, że społeczna aprobata dla postulatów społeczności LGBT w ostatnim czasie zdecydowanie rośnie, to dlaczego jednocześnie postuluje Pan, aby społeczność ta „siedziała cicho” i spokojnie czekała, aż „obóz postępowy” łaskawie upora się z tym „problemem”, broń Boże nie dotykając i nie obrażając prawicy? I to jest dla mnie sprzeczność w Pana tezach największa.  

I po piąte wreszcie, i zwracam się tu także do polityków KO, czy casus Rafała Trzaskowskiego z ostatnich wyborów prezydenckich niczego was nie nauczył? Nadal jeszcze nie wyciągnęliście właściwych wniosków z jego przegranej, który wybory z Nawrockim przegrał, bo ktoś nagle w jego sztabie wyborczym wpadł na genialny pomysł, aby progresywnego Trzaskowskiego zrobić nagle konserwatystą? Jeszcze nie rozumiecie, że wyborcy tego właśnie nie kupili? A może to jest tak, że Trzaskowski wcale progresywny nie jest. Może to kolejny konserwatysta w skórze liberała?  

Od lat społeczność LGBT słyszy to samo. Że jeszcze „nie ten czas”. Że „nie teraz”. Że „jeszcze za wcześnie”, bo co powie prawica lub co powiedzą konserwatyści z KO, PSL i PL2050. Nie ruszajcie tych spraw, bo to dar dla prawicy, bo jesteśmy przed wyborami albo tuż po i ważniejsze są inne kwestie.  
I tak się jakoś składa, że ta spora część polskiego społeczeństwa jest od lat, przepraszam, kopana w dupę. Ale gdy trzeba głosować, wtedy wszyscy sobie o tej społeczności przypominają. Dla jednych to ideologia i nie ludzie, dla drugich to znacząca siła wyborcza. Cóż szkodzi obiecać, prawda?  

Tymczasem zachodnie demokracje, także te tradycyjnie konserwatywne, dawno mają już to wszystko za sobą. Tylko u nas zawsze musi być „nie ten czas”. Panie profesorze, tym razem nie ma Pan racji. A ja fundamentalnie się z Panem nie zgadzam! Bo godność ludzka jest nienegocjowalna, bo to Pana słowa przecież.  

Mój wnuk urodził się 18 lat temu wnuczką. Na naszych oczach rosła dziewczyna z krwi i kości. Ale tylko Ona czuła coś zupełnie innego niż my wszyscy wokół. Z każdym rokiem czuła się w swoim ciele coraz gorzej. Zaczęło się od ubierania się po chłopięcemu, potem przyszła kolej na fizyczny brak akceptacji swego ciała. Gdy zaczęliśmy sobie to uświadamiać, także w nas musiała nastąpić głęboka metamorfoza – pogodzenie się z faktem, że nie będziemy mieć córki i wnuczki, tylko syna i wnuka. W życiu trzeba szukać własnej drogi – On ją wybrał nie dla mody czy młodzieńczej kontestacji, tylko dla samego siebie i swojej tożsamości. Dla nas, rodziców i dziadków, to równie trudna droga do przejścia, jak dla naszego dziecka i wnuka.  

Do dziś mamy w telefonach zapisany Jego numer pod Jego dziewczęcym imieniem. On to rozumie. To jeden z naszych sposobów radzenia sobie z Jego wyborem. Dziś jest mądrym, inteligentnym, wrażliwym chłopakiem o silnie ugruntowanych poglądach, z którymi czasami trudno się nam zgodzić. Ale to Jego poglądy, do których ma pełne prawo. Przed Nim i jego rodzicami, moją córką i zięciem, jeszcze długa droga. Także droga sądowa i proces, jaki dziecko musi wytoczyć rodzicom. To formalno-prawna strona tranzycji, do dziś niezmieniona przez państwo. Tak, do dziś niezmieniona, bo żyjemy w światopoglądowym i obyczajowym średniowieczu.  

Gdy słyszę polityków prawicy, którzy wyłącznie dla politycznych celów nazywają tych ludzi ideologią, albo gdy mówią o nich pogardliwie, że rano Staś jest Julką, a wieczorem znowu Rysiem i gdy słyszę ten rechot widowni, trafia mnie szlag – proces tranzycji to wieloletnie rozmowy z psychologiem specjalistą i lekarzami różnych specjalności, to terapia hormonalna trwająca często całe życie, czasami, choć nie zawsze, ingerencja chirurgiczna. To bolesne zabiegi wymagające olbrzymiego samozaparcia. I nie jest to żaden kaprys czy fanaberia. To trudny i świadomy proces tej Osoby, ale także Jego najbliższej rodziny. I nie w każdej rodzinie jest takie zrozumienie, wsparcie i akceptacja, jak w naszej. Jest wiele rodzin w Polsce, w których proces tranzycji jest autentyczną tragedią.  

Więc gdy czytam te tezy Profesora, budzi się we mnie naturalny bunt. I nie mogę tego akceptować, jak nie akceptuję też pokrętnych tłumaczeń polityków w imię czysto politycznej przecież gry. Nie mogę się z tym zgodzić. Być może nie jestem obiektywny, nie przeczę, ale nie da się zatrzeć wrażenia, że społeczność LGBT jest w Polsce poniewierana i nic się nie zmienia w tej kwestii od lat, niezależnie od tego, jak się okazuje, kto w tym kraju aktualnie rządzi.  

Donaldzie, Marcinie, Rafale, politycy „obozu postępowego” – obudźcie się! Ci ludzie wam zaufali! Drugi raz tego nie zrobią.  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *