Ktoś inny zmienia świat za ciebie…
Jestem przedsiębiorcą i do zadań podchodzę pragmatycznie. Najważniejszy paradygmat pragmatycznego podejścia do określonego zadania to: nie wygrasz, jeśli będziesz myślał, że przegrasz. Nie zdobędziesz kontraktu, jeśli na starcie starania się o niego nie uwierzysz, że go zdobędziesz. Każdy przedsiębiorca to wie, a jeśli nie wie, po co w ogóle jest przedsiębiorcą?
Tak zwany biznes to twarda gra, bardzo często nie fair i z chwytami poniżej pasa – czarny PR rzucany w przeciwnika, świadome deprecjonowanie konkurenta itd. Rezerwuar chwytów jest tu naprawdę szeroki. Ale nie każdy przedsiębiorca z tych rozwiązań korzysta, znaczna część nie wchodzi w takie gry, bo wie, że to w dłuższej perspektywie obraca się przeciw niemu. Lepiej wygrywać czystą grą, daje to dużo więcej satysfakcji.
Polityka jest jak biznes i z biznesem ma wiele wspólnego. Niestety częściej z tą ciemniejszą stroną biznesu i polityki. Bo nasza współczesna polityka cały czas czerpie wzorce z czasów dzikiego kapitalizmu i dzikiej polityki. Nie mówię tu wyłącznie o polskiej polityce, mówię szerzej – o polityce europejskiej czy światowej. Od kilku, może kilkunastu lat żyjemy w czasach postępującej erozji demokracji – upadek komunizmu miał być końcem historii, okazało się, że jest dalszą jej kontynuacją. Dlaczego? Bo przez 30 lat od upadku żelaznej kurtyny nikomu nie udało się zmienić mentalności ludzi – nie udało się pokonać homo sovieticus. Jedni wcale nie chcieli, bo nieświadomym narodem rządzi się łatwiej, inni o tym zapomnieli, zajęci przebudową państw i gospodarek.
Nie inaczej jest w Polsce. Od 30. lat nadal 30-40% wyborców nosi w sobie gen homo sovieticus. Nie czas teraz i miejsce na analizy, dlaczego i po co. Istotą rzeczy jest to, że spora grupa wyborców musi mieć tzw. Ojca Narodu – tego jedynego, nieomylnego władcę, który wskaże, pokaże i wyręczy. Kolejne 50% wyborców myśli inaczej, ale ci z kolei skażeni są genem malkontenctwa, prezentując postawę „znam się na wszystkim i o wszystkim mogę dyskutować”. Ostatnia grupa, jakieś 10-15% wyborców, ma wszystko w przysłowiowej dupie. Niestety w tej grupie zdecydowana większość to młodzież, która żyje tik-tokiem, insta czy czymś tam jeszcze, czego nazw nie sposób spamiętać. A to wiadomość najgorsza, bo to młodzi mają nam budować przyszłość.
Dzieje się tak, ponieważ polityka jest brudna i wredna. Przyjaźń jest tam czymś rzadko spotykanym, czego dowodem są swobodne przepływy polityków z partii do partii, co jest, nazywajmy rzeczy po imieniu, robieniem idiotów z wyborców. Kto to lubi? Chyba niewielu.
Zachowania wyborców kształtują politycy, tak jak zachowania wiernych kształtują księża. To od księży zależy wiara w zamach smoleński, kłamstwa PiS-u, rozliczenie pedofilii w Kościele. Zmiana zachowań księży w tych sprawach spowodowałaby zmianę nastrojów wśród wiernych. Kościół tego nie zrobi, bo dzisiejszy Kościół to także polityka. I biznes. Ten najgorszy rodzaj.
To postawa polityków mogłaby w „tri miga” zmienić nastawienie do wspólnej listy wyborczej. Mogłaby. Dlaczego nie zmienia?
Tusk mówi, że chce, Lewica mówi, że chce, PSL mówi, że się zastanawia, PL2050 mówi, że generalnie też chce. Wszyscy chcą, a listy nie ma. Dlaczego? Bo miesiącami politycy, wspierający ich publicyści i komentarzy w mediach społecznościowych dość skutecznie zbluzgali tę ideę, wmawiając wyborcom, że wspólna lista to Szatan.
Przegrywasz, jeśli nie wierzysz w wygraną. Tak to działa.
Sondaż obywatelski. Czym jest i co nam powiedział?
Jesteśmy świeżo po ogłoszeniu wyników sondażu obywatelskiego, który zbadał 4 najbardziej prawdopodobne warianty wyborcze dla opozycji. Nigdy wcześniej nie zrobiono tak szerokiego badania przy użyciu tak pogłębionej metodologii. Ani badanie Sierakowskiego i Sadury, ani badania Obywateli RP, ani sondaże różnych pracowni badawczych nie sięgnęły tak głęboko w odczucia wyborców.
Co się stało w pierwszych godzinach po opublikowaniu przez Gazetę Wyborczą tych wyników? Wylał się hejt na organizatorów – Fundację Długiego Stołu, którą odsądzano od czci i wiary, sugerując, że to środowisko bliskie PO, a Andrzej Machowski, który odpowiadał za liczenie wyników to wynajęty przez PO aparatczyk. Wielu zarzucało, że sondaż nie zbadał wariantu, który „na dziś jest najbardziej prawdopodobny, czyli PL2050 + PSL, PO i Lewica osobno”. Odezwał się więc chór malkontentów – ta druga część wyborców.
Wieczorem w siedzibie Gazety Wyborczej odbyła się debata, w której wzięli udział organizatorzy sondażu, eksperci, politycy wszystkich opcji opozycyjnych i dziennikarze.
Kilka konkluzji po tej debacie:
Zdecydowana większość wyborców chce jednej, wspólnej listy opozycji.
Andrzej Machowski wyjaśnił, dlaczego nie badano wersji PL2050 + PSL i osobno KO, Lewica (brak środków oraz decyzja, aby badać warianty, którymi same partie są najbardziej zainteresowane). Zwolennicy tego wariantu twierdzą, że to najbardziej prawdopodobny wariant, ale takiej pewności nie ma. Ponadto, to sama PL2050 nie chciała, aby ta opcja została zbadana.
Autor obliczeń podczas prezentacji wyników wyjaśnił też metodologię badania.
Dwoje ekspertów było przeciw wspólnej liście.
Zdecydowana większość zaproszonych ekspertów poparła jedną listę.
Wszyscy eksperci stwierdzili, że badania takie powinny być kontynuowane, aby wyniki były jeszcze bardziej precyzyjne.
Żaden z ekspertów nie miał zastrzeżeń do przyjętej metodologii.
Najbardziej dobitne wystąpienia to Agnieszki Holland, prof. Markowskiego i Pawła Kasprzaka z ORP, chociaż pozostałym mówcom nie można odmówić wyrazistości i stanowczości.
Blok PiS najbardziej boi się wariantu wspólnej listy.
I konkluzja najważniejsza: od kilku miesięcy spada poparcie dla opozycji. Wskazują na to wszystkie sondaże i wykazał to też sondaż FDS. Odpowiedź, dlaczego, jest jedna i oczywista: po miesiącach zohydzania wspólnej listy, nie może być innego efektu.
Spróbujmy więc podsumować plusy i minusy wspólnej listy, na tyle oczywiście, na ile jestem w stanie opisać wszystkie kwestie.
Co podnoszą przeciwnicy?
Zacznijmy od minusów, bo tych jest zdecydowanie mniej.
Przeciwnicy wspólnej listy podnoszą w zasadzie trzy kwestie: demobilizacja wyborców opozycji, doświadczenia innych państw, głównie Węgrów i pompowanie Konfederacji.
Demobilizacja wyborców opozycji. Powołują się tu na własne badania, których jednak nikt do tej pory nie widział. Nie wiemy, jakie to są badania, kiedy zrobione i gdzie. Nie wiemy, czy są to badania zrobione we własnym elektoracie i we własnych strukturach PL2050 i PSL czy w jakimś szerszym gronie. Nie wiem, czy można poważnie traktować ten argument, obawiam się, że nie. Mityczna demobilizacja wyborców to takie słowo – wytrych powtarzane bez głębszego sensu. Oczywiście, jeśli miesiącami zohydza się jakieś rozwiązanie i manipuluje się informacjami na jego temat to oczywiste jest, że akceptacja społeczna spada. Żaden z polityków perorujących przeciw wspólnej liście, nie zrobił dotąd nic, aby wyjaśnić wyborcom, jak ta lista ma działać. Powiem o tym w dalszej części tego felietonu.
Przykład wspólnej listy z Węgier. Argument powtarzany jak mantra, tyle że znowu zmanipulowany. Wspólna lista opozycji węgierskiej powstała zbyt wcześnie przed wyborami i skupiała kilkanaście podmiotów, nie cztery jak w przypadku polskiej listy. Powstała zbyt wcześnie, co spowodowało, że poszczególni partnerzy tej listy zdążyli się do wyborów pokłócić ze sobą i tuż przed wyborami w zasadzie każdy już ciągnął w swoją stronę. My do wyborów mamy ok. 200 dni. I jest to optymalny czas do tworzenia wspólnego bloku.
Pompowanie Konfederacji. Argument jedynie częściowo prawdziwy. Po pierwsze dlatego, że sama Konfederacja nie jest spójna i nie ma na dzisiaj żadnych dowodów na to, że cała Konfederacja wejdzie w alians powyborczy z PiS. Jakoś nie widzę w rządzie ZP posła Dziambora lub innych liberałów gospodarczych z tego ugrupowania (przepraszam, poseł Dziambor od miesiąca nie jest już członkiem Konfederacji, jest prezesem Wolnościowców – przypis autora). Po drugie, notowania Konferencji różnią się znacznie w sondażu FDS i w innych sondażach. Różnice sięgają tu nawet 100% (w sondażu FDS Konfederacja ma ok. 10%, średnia z innych sondaży daje tej partii ok. 5%). To zbyt duże różnice, aby autorytatywnie stwierdzić, że wspólna lista może pompować Konfederację. Poza tym, przestanie pompować, jeśli politycy opozycji zaczną grać do jednej bramki.
Co przemawia za wspólnym blokiem?
A jakie są plusy wspólnej listy? Tych jest zdecydowanie więcej i co najważniejsze, plusy te mają znacznie większą wagę niż minusy.
Najważniejszym plusem wspólnego bloku (odłóżmy na bok tę nieszczęsną nazwę „wspólna lista”) jest to, że mimo tej wielomiesięcznej kampanii „antylistowej” nadal większość wyborców wspólny blok opozycji popiera. Pokazują to badania Sierakowskiego i Sadury, FDS, a wcześniej też badania ORP. Jeśli więc wyborcy chcą zjednoczenia, to obowiązkiem polityków jest to porozumienie zawrzeć.
Zdecydowana większość ekspertów, politologów, działaczy obywatelskich i społecznych, także dziennikarzy również wspólny blok opozycji popiera. A przysłowie mówi: jeśli ktoś jeden mówi ci, że jesteś pijany, możesz to zbagatelizować, ale jeśli mówi ci to kilka osób, sięgnij po alkomat. Państwo politycy – sięgnijcie po alkomat.
Liczba miejsc w Sejmie. Promowany przez PL2050 i PSL wariant daje według ich wewnętrznych badań zwycięstwo z PiS na poziomie 245 miejsc. Co w praktyce daje takie zwycięstwo? Nic. Liczba 245 miejsc w Sejmie nie daje opozycji nic. Nie przełamie weta prezydenta, nie zbliży się nawet na centymetr do większości konstytucyjnej, mało tego, taka niewielka przewaga będzie polem do działania dla PiS, który mając środki i możliwości zdolny będzie do kupienia tych kilku polityków opozycji (takich Kałuż znajdzie się więcej). Tymczasem tylko wspólny blok może dać gwarancję bicia się o choćby większość przełamującą weto Dudy, co w procesie naprawy państwa jest kluczowe. Tylko dobrze i wspólnie zarządzany blok wyborczy może dać taką gwarancję. Nazywa się to premią za jedność.
Wspólny blok niweluje napięcia między poszczególnymi partnerami porozumienia. To mechanizm oczywisty. Jeśli partie idą w jednym bloku, naturalną koleją rzeczy jest zaniechanie wzajemnych ataków. Pójście w wariancie więcej niż jedna lista – z automatu powoduje uruchomienie wzajemnych antagonizmów, czego świadkami jesteśmy obecnie.
Wspólna lista nie powoduje utraty podmiotowości mniejszych partnerów z listy. To najczęściej powtarzana przez przeciwników wspólnego bloku manipulacja. Dodajmy świadoma. Na wspólnej liście każdy będzie mógł oddać głos na swojego kandydata, czy to będzie kandydat PO, czy Zielonych, czy PL2050, czy PSL, czy Lewicy, czy kogo tam chcesz. Głosujesz na swojego ulubieńca, oddając jednocześnie głos na całą listę – wtedy działa D’Hodt. Byłoby lepiej, gdyby przeciwnicy wspólnej listy zaczęli w końcu odkłamywać tę istotną manipulację. Tego też powinni wymagać od polityków wyborcy.
Wspólnej listy opozycji boi się blok PiS. Badania wykazują, że wyborca ZP najbardziej boi się tej właśnie opcji. Tak, ten obrażany przez niektórych głupkowaty, niewykształcony wyborca PiS najbardziej boi się zjednoczenia opozycji. Dlaczego? Bo nawet ten elektorat rozumie i widzi, jakie znaczenie miało zjednoczenie prawicy przez Kaczyńskiego. W obozie tym nie ma żadnej miłości, jest wyłącznie polityczny biznes i powszechna nienawiść. Każdy tam na każdego zbiera haki, a łączy ich tylko władza i pieniądze. W obozie opozycji nie ma nienawiści, są jedynie różnice, które można przezwyciężyć. To właśnie dlatego władza najbardziej boi się konsolidacji obozu opozycyjnego i zrobi wszystko, aby do tej konsolidacji nie doszło. To od mądrości polityków opozycji zależy, czy ziści się doktryna polityczna Kaczyńskiego – rządzić i dzielić. Tylko podzielone społeczeństwo da mu gwarancję kolejnych rządów.
I wreszcie argument ostatni, ale najważniejszy. Przy wariancie kilku list mój głos na największego automatycznie pozbawia głosu najmniejszych (rośnie ryzyko nieprzekroczenia progu, a wtedy premię dostaje PiS). Z kolei oddając głos na najmniejszego nie mam pewności, czy to nie jest głos stracony, jeśli zdecydowana większość poprze największego (stracony głos także wspiera PiS). Przy jednej liście mam pewność, że głosując na największego lub na najmniejszego, czyli, jak już to zostało tu napisane, na kogo chcę, zawsze głos dostaje cała lista, a wtedy działa premia D’Hodta. Bardziej logicznie wyjaśnić się tego nie da.
Nowa nadzieja.
Wspólny blok daje nadzieję wyborcom demokratycznym. Aby pokonać obóz Zjednoczonej Prawicy wyborcy demokratyczni muszą zobaczyć nową nadzieję. Tę nową nadzieję może dać tylko wspólny blok wyborczy. Polacy nie lubią kłótni, lubią poukładane życie i spokój w rodzinie. Przedsiębiorcy lubią poukładane firmy, nie akceptują kłótni między pracownikami – mówię o normalnie myślących menedżerach, oszołomów odłóżmy na bok, ci daleko nie zajdą.
Te 50% wyborców, a być może także te 10-15% tych, którym jest wszystko jedno, muszą zobaczyć siłę sprawczą polityków opozycji. Czterech Panów musi się w końcu dogadać, inaczej zapomnijmy o Polsce, którą znaliśmy i jeszcze znamy. Ostatnie głosy z wnętrza PO, że są tam w stanie ustąpić miejsca mniejszym oraz głosy z wnętrza Lewicy o otwarciu na rozmowy o wspólnym bloku, dają nadzieję, że reszta też w końcu zrozumie, którą ścieżką należy iść.
Państwo politycy – wyborcy mówią wam, co macie robić.