Boże Igrzysko.

Moje Święta Niepodległości są inne niż te od kilku lat w Warszawie. Ilekroć wspomnę Ten Dzień, kojarzy mi się on po poznańsku. Bo tak się składa, że 11 Listopada to w Poznaniu także Dzień Patrona Miasta – świętego Marcina. To dlatego główną ulicą stolicy Wielkopolski jest ulica Święty Marcin, w komunie prowokacyjnie nazwana ulicą Czerwonej Armii, a w czasie okupacji niemieckiej – Schlossfreiheit Strasse. Pierwsze zapisy o ulicy Święty Marcin pojawiają się w historii miasta już w 1252 roku.

Święto Niepodległości w Poznaniu jest barwne. Świętym Marcinem i przez centrum miasta przechodzi wielokolorowy korowód postaci nie tylko historycznych. Jest parada ułanów i kawalerii konnej. Jest też tradycyjny świętomarciński kiermasz. I nierozłączny rogal świętomarciński – kaloryczna bomba upieczona z ciasta drożdżowego, wypełniona makiem z rodzynkami, polana lukrem i posypana orzechami.

Jedenaste Listopady dlatego też są w Poznaniu tak specyficzne, bo za trochę więcej niż miesiąc obchodzimy tu rocznice Powstania Wielkopolskiego, jedynego w historii polskich zrywów narodowych, które zakończyło się pełnym sukcesem. Poznańska jesień jest tu bardzo polska. Nie tylko dlatego, że te dawne ziemie Polan to kolebka państwa. Także dlatego, że wiek walki z germańskim najeźdźcą utrwalił tu wcześniejsze, solidne mieszczańsko-kupieckie nawyki – szacunek do własności prywatnej, szacunek do pieniędzy (przyjrzycie się kiedyś, jak Poznaniak, czy szerzej – Wielkopolanin, przechowuje banknoty w portfelu lub portmonetce – zawsze są one ułożone nominałami, w jedną stronę) i szacunek do pracy, zwłaszcza tej najtrudniejszej – organicznej, od podstaw.

Tutaj Marsz Niepodległości, jaki znamy z Warszawy, z wyrywaniem bruku, niszczeniem sklepów i ławek, paleniem rac i dewastacją własności publicznej i prywatnej, nie miałby prawa bytu. Dlatego moje Święto Niepodległości jest inne, naprawdę polskie. I naprawdę głęboko patriotyczne. Bo tak tutaj rozumiemy patriotyzm i Polskość. Nie mam wątpliwości, że zdecydowana większość Polek i Polaków w całej Polsce rozumie to tak samo. Daliśmy się tylko pokonać, i dajemy się nadal pokonywać, wyraźnej mniejszości, bo ta mniejszość potrafiła wyciągnąć wnioski z przeszłości, kiedy była skłócona i rozbita. Ale o tym za chwilę.

***

Jutro będzie 103 rocznica odzyskania niepodległości przez Polaków, moi Przodkowie walczyli 123 lata o wolność. Będę ten dzień świętował z innymi Polakami ale też pozbędę się zdrajców. Jednym z nich będziesz ty, komuchu. Polska Podziemna wydała na ciebie wyrok śmierci. Porwiemy cię do naszego bunkra w których dokonamy egzekucji i MÓDL SIĘ bym to nie był ja. Mój ulubiony patent to wykrojenie serca i podłączenie respiratora, wtedy zostaniesz przy życiu a ja usmażę i zjem twoje serce na twoich oczach. Inną fajną zabawą jest Rozcięcie brzucha, włożenie ładunku wybuchowego który rozjebie cię wystarczająco mocno że flaki wylecą ale na tyle słabo że przeżyjesz (teraz w pomieszczeniu mamy szklaną ścianę bo ostatnim razem flaki poleciały na cały bunkier i zniszczyły mój ledwo co kupiony mundur). Jeśli nie uda się ciebie porwać to po prostu ugodzimy cię nożem jak Adamowicza ale nie ważne ile tego nie zrobię – po prostu mnie to nie jara, wolę techniki w bunkrze. Dajemy ci czas do jutra na rezygnację i zniknięcie ze sceny politycznej. Jeśli tego nie zrobisz to źle skończysz a nagranie z egzekucji pójdzie w internet i do kolejnych polityków.

Polska Podziemna.

(Pisownia oryginalna).

***

Takie maile dotarły dzień przed 11 listopada do parlamentarzystek i parlamentarzystów opozycji, a 11 listopada Warszawa zamieniła się w zasnute dymem miasto, jak podczas niemieckiej okupacji. Kilka dni temu podobnej treści maile także zostały rozesłane do polityczek i polityków opozycji. Od sztyletów Waffen-SS z maili ministra Dworczyka, przez miliony dla Bąkiewicza, po jednoznaczne już wsparcie dla ruchu narodowo-socjalistycznego przez obóz PiS. Bo gdy poparcie spada, każda pomoc, aby utrzymać władzę, jest ważna i nie ma żadnej dla rządzących ceny.

Mimo to opozycja chce pokonać PiS podzielona i skłócona, jak wcześniej prawica, zanim „ojciec dyrektor” z Torunia nie zażądał jedności. Prawica polska przez lata była rozbita i wojowała głownie ze sobą o prymat “patriotyzmu”. Powstawały tam co chwilę kolejne kanapowe partyjki, bo każdy chciał być prezesem i każdy „był bardziej Polakiem od innych”. Przez lata prawica przegrywała z liberalnym centrum i lewicą, często będąc wręcz marginesem sceny politycznej. Ale w 2014 roku, po ośmiu latach kolejnych klęsk wyborczych, kierujący tym sklepikiem “ojciec dyrektor” powiedział: “Dość! Macie się zjednoczyć!”, co wkrótce stało się faktem. Kaczyński jedynie wykonał wolę Rydzyka, bez którego nie byłoby sześciu lat tragicznych dla tego umęczonego kraju rządów.

Mimo takich doświadczeń po liberalnej stronie sceny co trzy lata wybucha kolejna, nowa partia, która, o zgrozo, wcale nie walczy o wyborcę konserwatywnego – każda nowa partia traci energię na wojnę z główną partią opozycji, jakby to ona była źródłem nieszczęść. Ta wojna z Platformą na wielu polach jest bezsensowna, ale na jednym mnie wręcz zadziwia – wiara w to, że PO można unicestwić. Nie mam dobrej wiadomości dla tych, którzy takie wizje mają. Platforma nie zniknie ze sceny, a przejęcie jej elektoratu jest po prostu niemożliwe. Wiara w to, że da się to zrobić najbardziej mnie, przepraszam za słowo, śmieszy.

Zwolennicy jednej z tych nowych partii powtarzają ciągle, jak mantrę, te same tezy: na kogo ma głosować ktoś, kto do końca życia obraził się na PO (a wcześniej był jej zagorzałym wyborcą – to jest mój ulubiony riff), jest coś jeszcze poza duopolem PiS – PO, Hołownia przyciąga wyborców PiS i tylko on to może zrobić oraz jeszcze jedna, utarta melodia – Platforma (Platforma, nie opozycja) przegrała ostatnich 6 wyborów, a to całe pasmo klęsk. Na każde z tych czterech opowieści, odpowiedzi można udzielić proste.

Jeśli jesteś byłym, zagorzałym wyborcą PO i śmiertelnie się na tę partię obraziłeś, to oczywiste, że będziesz szukał do końca życia jakiegoś substytutu Platformy Obywatelskiej, dlatego jest ci obojętne, czy to Kukiz, Biedroń, czy Hołownia. Ale skoro tak – nie opowiadaj, że jesteś byłym, zagorzałym wyborcą PO, bo prawda jest taka, że albo jesteś wyborcą nieokreślonym, tzw. elektoratem płynnym, albo nigdy nie byłeś wyborcą PO, a już zwłaszcza zagorzałym. Tłumacząc się w ten sposób, potwierdzasz tylko, że masz problem z identyfikacją swoich poglądów, inaczej mówiąc – nie masz ich wcale.

Argument o czymś więcej niż duopol PiS – PO byłby o tyle trafny, gdyby ktoś potrafił wyjaśnić, czym w istocie różni się partia Szymona Hołowni od Platformy Obywatelskiej. Mam na myśli warstwę programową i ideową, nie mówię o większej aktywności na niwie PR-owej – w te klocki ruch Hołowni bije PO na głowę. Pan Hołownia tak bardzo chce się odróżnić od Platformy, że buduje własną tożsamość głównie z polityków PO i KO. Polska 2050 powoli staje się Platformą bis, do tego z twarzami, które albo nigdy nie były w pierwszych szeregach, albo już dawno w nich nie są. Transfery polityczne są uciążliwą dla wyborców domeną polskiej sceny politycznej, ale może warto byłoby to jakoś ukrócić, a już zwłaszcza nie budować na tym swej młodej tożsamości. Jakby na to nie patrzeć, każdy taki transfer to jednak jest granie wyborcom na nosie. Tu zawsze przed oczami staje mi casus Janusza Palikota, który odszedł, ale złożył mandat i poddał się ponownej ocenie wyborczej w kolejnych wyborach. W transferach do Polski 2050 niczego takiego nie widzę.

Nie ma też żadnych twardych dowodów na to, że Hołownia przyciąga, lub może być przyszłą alternatywą dla „umiarkowanych wyborców PiS”. Ta powtarzana z uporem teza ma oczywiście swój polityczny sens (teoria powtarzana sto razy, staje się w końcu „faktem”), ale z naukowego punktu widzenia nijak jej potwierdzić nie można, głównie dlatego, że brak jest poważnych badań opinii społecznej na ten temat, bo przecież poważnym opracowaniem nie można nazwać sondaży United Surveys, Polish Survey czy w ogóle jakiegokolwiek badania sondażowego obecnych na polskim rynku pracowni. Z tym przechodzeniem wyborców PiS do Polski 2050 będzie teraz jeszcze jeden problem – Hołownia tak bardzo chciał się odróżnić od Platformy, że wstąpił do ultraliberałów w Parlamencie Europejskim, zamiast przystąpić do EPL (EPP). Osobiście idee frakcji Renew Europe są mi bardzo bliskie, ale nie wiem czy „umiarkowani wyborcy PiS”, o których walczy ponoć Hołownia, zaakceptują głęboką i pełną integrację Unii (Unia jako jeden organizm prawny i gospodarczy) oraz idee liberalnego państwa. Myślę, że mogą mieć z tym poważny problem.

Czwarta powtarzana teza to ta o przegranych sześć razy wyborach z PiS. Teza nie tylko będąca niezłym kawałkiem manipulacji, co także, a może przede wszystkim, będąca delikatnie mówiąc konfabulacją. Po pierwsze opozycja (nie tylko Platforma) wygrała już dwa razy z PiS – raz w 2019 w wyborach do Senatu, drugi raz w tegorocznych wyborach prezydenckich w Rzeszowie. Po drugie – opozycja przegrywa zawsze, gdy jest podzielona. I po trzecie – sam Hołownia sromotnie w wyborach prezydenckich przegrał. Zdobył wtedy zaszczytne 13% poparcia – według mnie to realny wynik wyborczy Polski 2050 w kolejnych wyborach parlamentarnych, jeśli pójdzie do nich jako odrębny byt polityczny. Od samego początku powstania ruchu Hołowni obserwuję jego poczynania i o ile na starcie patrzyłem na ten ruch z przychylnością, zakładając, że może on być faktycznie alternatywą dla bardziej rozumnych wyborców obozu Zjednoczonej Prawicy, o tyle kolejne posunięcia Hołowni i jego drużyny stają się dla mnie coraz mniej zrozumiałe. Strategii tego bytu politycznego nie jestem w stanie zrozumieć, ale być może mam jakieś intelektualne braki. Z Hołownią zaczyna być tak, jak z tym jego uczestnictwem w Marszu „Ani Jednej Więcej” – jednego dnia nie chciał wziąć w nim udziału, drugiego się pojawił, nadając z niego swój tradycyjny live.

***

Daliśmy się pokonać, i dajemy się nadal pokonywać, wyraźnej mniejszości, bo ta mniejszość potrafiła wyciągnąć wnioski z przeszłości, kiedy była skłócona i rozbita. Ta mniejszość zaczęła wygrywać, gdy się zintegrowała. Niby to oczywiste, ale jednak nie dla wszystkich. Polacy swoje największe bitwy wygrywali zawsze wtedy, gdy byli zjednoczeni, gdy mieli w tej swojej walce sojuszników. Przegrywali, gdy byli samotną wyspą. Historia jest ponoć nauczycielką życia, ale jak widać, zbyt dla niektórych mało atrakcyjną.

Oczywiście rozumiem potrzebę podkreślania własnej tożsamości przez każdą z partii, ale własną tożsamość można podkreślać będąc także w grupie. To kwestia ustalenia zasad, które zawrzeć można w zjednoczeniowym traktacie – nie na darmo używam słowa „traktat”, bo czerpać można z najbliższego nam wzorca, jakim jest Unia Europejska. Tu każde państwo podkreśla własną tożsamość, ale nie stoi to w sprzeczności z nadrzędnymi wartościami europejskimi. Podobnie może być z umową koalicyjną, której priorytetem musi być wyszarpanie władzy obozowi PiS i wygranie Polski. Jedna, wspólna lista wyborcza nie musi rozmywać tożsamości poszczególnych jej członów. To wielkie kłamstwo powtarzane przez tych, którym jest ono potrzebne, jest największą krzywdą czynioną wyborcom szeroko pojętego obozu liberalno-demokratycznego. Ci, którzy do tej odrębności dążą, wziąć będą musieli wielką odpowiedzialność za swój upór.

Przyszłe Święta Niepodległości mogą być takie, jak te w Poznaniu, a maile do polityków jedynie marginesem bez żadnego znaczenia, nie tak jak dzisiaj – rosnącym w siłę realnym zagrożeniem. Państwo PiS, zbudowane na wzorcach antydemokratycznych, czerpiące całymi garściami z jakichś bananowych republik, może odejść do lamusa historii. To jest możliwe. Pod jednym warunkiem – politycy wyciągną wnioski z historii i przyszłość Polski postawią ponad własny egoizm.

Norman Davies w „Bożym Igrzysku” tak o Polsce napisał: „Wydaje się, że kraj ten jest nierozerwalnie związany z niekończącą się serią katastrof i kryzysów, które – w sposób paradoksalny – stają się źródłem jego bujnego życia. Polska znajduje się bez przerwy na krawędzi upadku. Ale jakimś sposobem zawsze udaje jej się stanąć na nogi”.

Oby nie była to jedynie tylko kolejna, gorzka opinia o nas samych, zamknięta na kartach kolejnej książki o Polsce i Polakach, jakim to jesteśmy wielkim, ale kompletnie głupim narodem.

2 odpowiedzi

  1. Bardzo dobry tekst, oceniamy rzeczywistość podobnie🙂
    Kaczyński przegrywał wszystko, dopóki nie utworzył Zjednoczonej Prawicy – dlaczego ludzie tego nie zauważają? Dlaczego nie zauważają również, że do polityki garnie się coraz większy chłam, którego pomysłem na zdobycia fotela w parlamencie jest głoszenie tego, co ludzie chcą usłyszeć – czyli dobrobyt bez ciężkiej pracy.
    Platforma nie jest idealną partią ale jest najbardziej normalną. Trzeba zmieniać ją od środka a nie z nią walczyć. Za późno zrozumiał to Palikot chociaż głośno się do tego przyznał. Gdyby stał się nowoczesnym przyczółkiem Platformy a nie jej pierwszym przywalaczem, byłby dziś naszym premierem a my nie mielibyśmy tego syfu, który zgotowali nam gangsterzy;

    1. Zgoda, z małą korektą. To nie Kaczyński zjednoczył prawicę, to Rydzyk. On jest rzeczywistym szefem tego sklepu.
      Dziękuję za opinię. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *