Święta Bożego Narodzenia to taki szczególny czas. Głównie dlatego, że Boże Narodzenie odsyła nas do dzieciństwa, a to w końcu najprzyjemniejszy okres w życiu człowieka. Pod warunkiem oczywiście, że ktoś dorosły nie zrobi z niego koszmaru, który rzutować będzie na resztę życia. Ale co do zasady, dzieciństwo winno być beztroskie.
Taki też powinien być okres Świąt Bożonarodzeniowych. I, Bóg mi świadkiem, chciałem coś beztrosko napisać. Coś o nadziei, coś o wierze, niekoniecznie w Boga, w człowieka bardziej, coś o „nie lękajcie się”. Chciałem, ale sięgając w najgłębsze pokłady mojego wrodzonego życiowego optymizmu – nie mogę. To znaczy: mógłbym, ale musiałbym wtedy być mocno w niezgodzie z samym sobą. A nikt przecież tego nie lubi, ba – nie akceptuje. Wróć: nie powinien akceptować, bo przecież wielu żyje w niezgodzie, nie tylko z samym sobą, ale też z Dekalogiem, którego wyniosło na sztandary.
Tu widzę dwie kategorie ludzi: tych, którzy z życia w niezgodzie uczynili sposób na życie, i tych, którzy dla „świętego spokoju” urządzają się lub urządzili się już w dupie. Bo, jak mówił Kisiel, to, że jesteśmy w dupie to jasne, gorzej, że zaczynamy się w niej urządzać. Jednym przychodzi to łatwiej, innym trudniej, ale w końcu staje się to faktem, bo urządzanie się w dupie ma swoje zalety – głównie takie, że jest stosunkowo proste.
Tak więc chciałem coś miłego napisać, błysnąć intelektem (rzadko, bo rzadko, ale czasem chyba mi się to zdarza), a tu nic, tylko ciemność widzę i basta.
Skoro o Bożym Narodzeniu jest mowa, to nie sposób zahaczyć o Kościół katolicki. Cóż z nim? Co z niego zostało? Mam z tym problem, bo głównie pamiętam ten Kościół z mrocznych czasów stanu wojennego i z moich wojaży do poznańskich Dominikanów, u których widziałem Kościół diametralnie różny od dzisiejszego. Piszę o swoich wojażach nie w sensie odległości fizycznej w kilometrach, bo tych akurat dużo nie było, ale w sensie metafizycznym, moich własnych z tym Kościołem rozmów toczonych w młodym, buńczucznym umyśle wkraczającego w dorosłość człowieka, który szukał odpowiedzi na pytania najważniejsze. O wolność. O równość. O szacunek dla inności.
W dzisiejszym, polskim Kościele katolickim został już tylko obrzęd, blichtr, szaty obszyte złotą nicią i powalające swą mocą organy podczas mszy. Poza tym jest pustka. Intelektualna i moralna. I co najgorsze – nie ma wspólnoty. A to w końcu na wspólnocie Kościół budować powinien swe fundamenty. W dzisiejszym polskim Kościele katolickim nie ma też wiernych – są pogubieni wyznawcy lub okazjonalni uczestnicy mszy, bo trzeba się sąsiadom pokazać. I nie zmieni tego osądu paru mądrych księży o przenikliwych umysłach. To sobie uczynił Kościół. Na własne życzenie.
Czym jest symbolika pustego talerza na wigilijnym stole, symbolika pustego miejsca dla wędrowca? Wędrowca, czyli obcego. Czymże jest ona dla dzisiejszych katolików, szerzej – chrześcijan? To taki bardzo polski zwyczaj, którego nie ma gdzie indziej. Ale skoro on taki polski, to dlaczego stracił swoją pierwotną szlachetność? Czym jest ten symbol dzisiaj, gdy na granicy umiera dziecko, matka roni nienarodzone a ojciec nie może ochronić rodziny? Czymże jest ten pusty talerz dzisiaj? Pustym gestem. Tylko.
Przez stulecia Polska była schronieniem dla obcych, którzy uciekali tu przed prześladowaniami. Przez stulecia żyli tu Żydzi, Muzułmanie, Niemcy, Ukraińcy, Białorusini, prawosławni i protestanci. Jakie słabe musi być państwo, które boi się kilkuset uchodźców. Nawet kilku tysięcy. Jaka słaba musi być wiara, która boi się tych kilku tysięcy zagubionych ludzi o śniadej cerze, którzy uciekają tu przed prześladowaniami, naiwnie wierząc, że spotka ich tu choćby tylko zrozumienie.
Co powiedzieć Bogu o pustym miejscu przy stole?
Co wy powiecie Bogu?
Co my powiemy sobie?