W gorącym okresie chaotycznych działań obozu władzy, rząd wrzuca projekt drastycznych zmian w przepisach o ruchu drogowym, których głównym elementem ma być zaostrzenie kar. Gdy w 2015 roku niektórzy eksperci od ruchu drogowego proponowali podniesienie kwot mandatów, PiS był wtedy temu stanowczo przeciwny – nie na rękę było mu denerwowanie elektoratu. Dziś, gdy do wyborów jest ponad dwa lata, to już inna broszka.
Drogowe patologie.
Dyskusja o zaostrzaniu kar zawsze przywodzi mi na myśl rozmowę o kolorach niewidomego z głuchym. Wystarczy, że napiszesz coś o tym, że proponowane rozwiązania idą tylko w jedną, najłatwiejszą stronę, a już dopadną cię zwolennicy karania wszelkiego rodzaju. Karać, karać i jeszcze raz karać, bo to najprościej i (dla budżetu) najtaniej. Po co mandaty? Do więzień! Po co się bawić w jakieś administracyjne szuru-buru. Proponuję od razu karę więzienia, bo każdy, komu się przytrafi pojechać 80 km/h w wiosce, w której 300 metrów od drogi stoją trzy chałupy, to morderca. Dlatego kara bezwzględnego więzienia byłaby najlepsza.
Przy czym o tym karaniu najczęściej i najgłośniej wypowiadają się ci, którzy “nigdy w życiu nie przekroczyli prędkości, nigdy nie wyprzedzili na ciągłej lub skrzyżowaniu, nigdy nie wymusili pierwszeństwa, a na drodze szybkiego ruchu zawsze jadą prawym pasem”. Dyskusje z tzw. idealnymi kierowcami zawsze mnie przyprawiają o dreszcze. Spróbuj napisać, że drastyczne podnoszenie kwot mandatów uważasz za nonsens, a już ci wszyscy idealni kierowcy powiedzą ci, że bronisz bandytów na drodze i patologii. Uwielbiam taki poziom dyskusji.
Mówimy o patologiach na drodze? Proszę bardzo.
Kilometrami ciągnąca się podwójna ciągła, bez powodu i bez sensu. Od kilku lat ulubione rozwiązanie inżynierów od bezpieczeństwa ruchu. Wymalujmy całe wsie i całe miasteczka podwójnymi ciągłymi, a jak! Na jednopasmowej drodze, zgodnie z przepisami, nawet rowerzysty nie możesz wyprzedzić, bo zachowując 1 metr odległości od niego nie ma szans, abyś nie najechał lub nie przekroczył ciągłej. O traktorach, czy innych takich wynalazkach nie wspomnę.
Albo ograniczenia prędkości postawione bez powodu i bez uzasadnienia. Szczególnie uwielbiam ograniczenie do 40 km/h na drodze krajowej, bo “trwają roboty drogowe”, których oczywiście nie widać na odcinku nieraz i 10 kilometrów. Bo panowie drogowcy zapomnieli zakryć znak ograniczenia na weekend. I jakimś dziwnym trafem akurat na tym odcinku najczęściej pojawia się radiowóz z suszarką.
Albo wciskający się “przed nos” (czyli klasyczne wymuszenie pierwszeństwa) na autostradach. Zgodnie z przepisami jadący prawym pasem musi ustąpić jadącemu szybciej pasem lewym. Ale na polskich ekspresówkach obowiązują inne zasady – to ten z prawego pasa ma zawsze pierwszeństwo, a ten z lewej ma hamować i tyle. Bo chłop żywemu nie przepuści.
Albo jak już na autostradach jesteśmy – jadący lewym pasem z prędkością 120 km/h. Rzadki obrazek? Ależ skąd!
Albo inne klasyczne wymuszanie pierwszeństwa, czyli wyjeżdżanie z podporządkowanej tuż przed jadącym drogą główną. Rzadki przypadek? Nie, z roku na rok staje się coraz bardziej powszechnym „standardem”.
Albo skandalicznie oznakowane przejścia dla pieszych na drogach dwupasmowych. Albo fatalny stan dróg. Albo ciągle jeszcze zbyt mała ilość dróg ekspresowych.
Patologią nie musi być tylko i wyłącznie piractwo drogowe. Patologia na drogach to także ich oznaczenie, stan infrastruktury i bandyckie zachowania tzw. kierowców idealnych, którzy żyją w poczuciu swej nieomylności i „ja zawsze jeżdżę zgodnie z przepisami”. Oczywiście, na polskich drogach trafiają się też szaleńcy w różnym wieku, z którymi państwo walczyć powinno na wiele sposobów. Tak się jednak składa, że od lat walczy w ten sam, najprostszy sposób, przy okazji uderzając w tysiące kierowców, dla których jazda samochodem to nie jest tylko wyjazd raz do roku na wakacje.
Koronnym argumentem zwolenników karania jest ten ich ulubiony: jedziesz zgodnie z ograniczeniami – nie płacisz. Pełna zgoda, to truizm, ale ludzka mobilność zmechanizowana to szerszy aspekt sprawy, nie tylko słuszne skądinąd ograniczenia prędkości w miejscach jak najbardziej uzasadnionych.
Kara jako jedyny element bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Wróćmy do owych nowych propozycji. Wśród ujawnionych rozwiązań są między innymi:
– mandat karny do 5 000 zł w przypadku przekroczenia prędkości o 30 km/h. Dotyczyć ma nie tylko terenu zabudowanego,
– w przypadkach recydywy grzywna od 3 000 – 5 000 zł,
– grzywna do 30 000 złotych w przypadku wykroczeń drogowych,
– punkty karne kasowane po dwóch latach,
– koniec kursów doszkalających zmniejszających liczbę punktów,
– składka OC powiązana z punktami karnymi,
– dożywotnie renty dla bliskich ofiar wypadków drogowych.
Odniosłem się do tych zmian na Twitterze w krótkim komentarzu i natychmiast zostałem zaliczony do kategorii „obrońca morderców” lub łagodniej – „obrońca patologii na drogach”. Przy czym napisałem też, że niektóre z tych zmian idą w dobrym kierunku, ale też jak zawsze – diabeł tkwi w szczegółach.
Konkretnie. Budżet państwa ma od kilku lat problemy ze ściągalnością mandatów w kwocie 200-500 zł. Co zatem ma zmienić podniesienie kar do 5 000? A co ma zmienić podniesienie górnej granicy grzywny do 30 tysięcy? Oczywiście, jeśli ktoś nie może zapłacić grzywny, sąd zamienia ją na areszt lub więzienie przeliczając według stawek dziennych. Zapełniajmy więc więzienia, bo jest tam jeszcze sporo miejsca. O wchodzeniu w określone środowisko nie wspomnę. Owszem, wysokość kary może być elementem odstraszającym, ale czy te kary będą dotyczyć wszystkich? Czy będą na przykład dotyczyć polityków? Mówię oczywiście o politykach będących akurat u władzy. Przechodzący przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle panowie Mularczyk i Ast to taki pierwszy z brzegu przykład. Czy policja już zawitała do tych panów, czy jeszcze nie? Albo czy będą dotyczyć też motocyklistów – zabójców nagminnie przekraczających prędkość w zasadzie wszędzie i gdzie się da? I to nie o jakieś tam 30 km/h, tylko znacznie więcej.
Punkty kasowane po dwóch latach – to akurat dobry kierunek zmian, ponieważ badania wykazują, że tej właśnie kary kierowcy boją się najbardziej, ale dlaczego mają być zniesione kursy doszkalające, które w obecnych przepisach zmniejszają liczbę punktów o 6? Za dużo mamy szkoleń?
Albo składka OC powiązana z punktami karnymi. Też dobry kierunek. Ale jednocześnie oczekiwałbym rozwiązania dającego bonifikatę w składach OC, jeśli kierowca nie ma punktów karnych. Jest w propozycjach? Nie ma.
Dożywotnie renty już dzisiaj może zasądzać sąd, więc to nie jest żadne nowe rozwiązanie.
Dlaczego rządzący tak bardzo nie lubią rozwiązań systemowych?
Jak zawsze w takich sytuacjach brak mi rozwiązań systemowych. Dlaczego? Bo od lat rządzący stosują rozwiązania najprostsze, czyli takie, które nie wymagają od państwa wielkiego zaangażowania, a podnoszenie kar lub wprowadzanie kolejnych ograniczeń jest właśnie taką zasadą. I wcale nie dotyczy to obecnej władzy, bo to poprzednicy przeforsowali zapis o odbieraniu praw jazdy za przekroczenie prędkości o 50 km/h w terenie zabudowanym. Przepis ten od samego początku był i jest kontrowersyjny, do tego stopnia, że obecna Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego zaskarżyła go do obecnego Trybunału Konstytucyjnego. Jak donosi Rzeczpospolita w artykule z 13.04.21:
„Nadanie kompetencji do arbitralnego decydowania o zatrzymaniu prawa jazdy organowi kontroli ruchu drogowego, głównie policji, bez możliwości weryfikacji okoliczności ją uzasadniających przez organ administracyjny i sądowy, nie jest do pogodzenia z zasadami obowiązującymi w demokratycznym państwie prawnym (art. 2 Konstytucji RP) – uważa I Prezes Sądu Najwyższego.
Małgorzata Manowska przypomina, że z tej zasady wynika m.in. prawo do rzetelnej procedury sądowej wraz z prawem do sądu. Kierujący pojazdem de facto nie ma żadnych możliwości ochrony swoich praw zarówno w postępowaniu administracyjnym, jak i sądowoadministracyjnym oraz kwestionowania prawidłowości pomiaru prędkości stwierdzonego przez organ kontroli ruchu drogowego lub liczby przewożonych osób. W rzeczywistości o treści decyzji o zatrzymaniu prawa jazdy oraz orzeczeń wojewódzkiego sądu administracyjnego i Naczelnego Sądu Administracyjnego, o ile osoba, której zostało zatrzymane prawo jazdy uruchomiła procedurę odwoławczą, decyduje organ kontroli ruchu drogowego, skoro jego stwierdzenie o kierowaniu pojazdem z przekroczeniem dopuszczalnej prędkości o więcej niż 50 km/h na obszarze zabudowanym lub przekroczenie dopuszczalnej liczby przewożonych osób, nie podlega żadnej weryfikacji – wskazano we wniosku”.
Trochę to wygląda tak, jakby obecne propozycje zaostrzenia kar uprzedzały spodziewany od dawna wyrok obecnego Trybunału Konstytucyjnego, który może stwierdzić niekonstytucyjność tego zapisu. Jeśli wyrok ten będzie wydany w prawidłowym składzie sędziowskim, stanie się niepodważalnym i bezdyskusyjnym prawem.
Innym wytłumaczeniem wniesienia nowych propozycji może być to, że ów przepis o zabieraniu praw jazdy przynosi chyba coraz mniejsze efekty, skoro myśli się o kolejnych zaostrzających rozwiązaniach. Coś tu więc po prostu nie działa. Jaka jest więc pewność, że podniesienie aż tak drastyczne kar przyniesie oczekiwany przez pomysłodawców i zwolenników takich rozwiązań skutek? Śmiem twierdzić, że żadna.
Bo upierać się będę przy twierdzeniu, że niezbędne są rozwiązania systemowe. Jeśli zwiększać wysokość kar, to jednocześnie budować lepsze drogi, kładki dla pieszych, instalować w miejscach przed pasami dla pieszych specjalne tarki zwiększające skuteczność hamowania, budować skrzyżowania bezkolizyjne oraz różnego rodzaju wysepki spowalniające prędkość. Takich możliwych rozwiązań jest mnóstwo. Rzecz w tym, że to wszystko kosztuje. A po co wydawać budżetowe pieniądze na takie cele, lepiej zrobić coś pod publiczkę i podnieść kary do poziomu, który będzie całkowicie przeciwskuteczny. Po co inwestować w szkolenia kierowców, po co zmienić cały system kursów na prawo jazdy, które obecnie nie uczą niczego, poza ruszaniem z miejsca i parkowaniem na parkingu? Po co dokonać głębszych analiz ograniczeń prędkości w miejscach bez uzasadnienia i kilometrami ciągnących się podwójnych ciągłych? Lepiej, zaspokajając oczekiwania ludu, zwiększać system kar.
W owych twitterowych dyskusjach często pojawia się odniesienie do drastycznie wysokich kar w krajach Europy zachodniej lub bogatych krajów Ameryki czy Azji. Owszem, to prawda, w tych krajach takie wysokie kary obowiązują, ale jest tam też odpowiednia infrastruktura drogowa: rozbudowana sieć autostrad i dróg ekspresowych, równe, prawidłowo oznakowane drogi, bezpieczne przejścia dla pieszych, bezpieczne skrzyżowania, nie ma bezsensownych ograniczeń prędkości, a nade wszystko cały system szkoleń kierowców stoi na zupełnie innym poziomie. Tak, szkolenia kierowców to powinna być pierwsza i najważniejsza zmiana. Bo polscy kierowcy nie potrafią jeździć i wcale nie mówię tu o piratach drogowych, a o tak zwanych ideałach za kółkiem. Jazda 50 km/h w tzw. terenie zabudowanym, którego definicja także jest nieprzystająca do obecnych czasów, to nie jest jedyny element jazdy samochodem. I jeszcze jedno, najważniejsze i fundamentalne – w tamtych krajach prawo jest rzeczywiście równe dla wszystkich, a dla polityków zwłaszcza.
Zatem w całej tej dyskusji, często emocjonalnej i niekiedy wręcz osiągającej poziom absurdu, pamiętajmy o jednym: ci, którzy protestują przeciwko rozwiązaniom połowicznym i najprostszym, w dodatku często populistycznym, domagają się od rządu i od państwa rozwiązań systemowych, zwłaszcza, że to te osoby, które najwięcej samochodem jeżdżą, najwięcej też płacą podatków, ponosząc koszty rosnących bez końca cen paliw. Wymagajmy od państwa więcej, zawsze i przy każdej okazji.
Populistyczne fajerwerki słowne odłożymy na bok.