Droga do postępu wiedzie wyłącznie przez sojusz na opozycji

Jeśli PiS dotrwa do wyborów w 2023 roku, będzie to wyborcza farsa, a demokracja stanie się fasadowa. Jarosław K. i jego stronnicy zrobią wszystko, aby władzę swoją ugruntować, zmienią kodeks wyborczy i wpompują w reżimową telewizję kolejne miliardy, aby wyprać mózgi swoim wyborcom jeszcze bardziej niż dotąd. Zrobią wszystko, aby opozycję zmarginalizować i ośmieszyć w ich oczach. Do tego pogłębią sojusz tronu z ołtarzem. Mało tego, wiele wskazuje na to, że za trzy lata nie będzie już śladu po kryzysie covidowym, co tylko odbuduje poparcie Zjednoczonej Prawicy. Finałem będzie orbanowska Polska, bez wolnych mediów, sądów, z przejętą w pełni prokuraturą i z totalnie rozbitą opozycją, dokładnie tak jak jest to na Węgrzech. Kto tego scenariusza nie widzi i nie rozumie, z przykrością stwierdzić muszę, że niewiele rozumie.

Zima wasza, wiosna nasza.

Jako demokraci, nie zagłębiając się w szczegóły naszych poglądów na szereg spraw, mamy niewiele już szans na to, aby demokrację w Polsce obronić. Niepowtarzalną okazją może być wiosna lub najpóźniej lato 2021 roku. Następnych okazji może już nie być. Polska gospodarka determinacją prywatnych przedsiębiorców, bo przecież nie dzięki złudnej pomocy tego państwa, obroni się przed kryzysem i zacznie wychodzić z dołka, a to będzie oznaczać zmianę nastrojów na bardziej optymistyczne. Poparcie dla PiS-u zacznie znowu rosnąć. Wiosna, najpóźniej lato, będzie ostatnim momentem, aby poważnie zagrozić władzy.

To będzie też ostatni moment na to, aby stosując rozwiązania typowe dla świadka koronnego, spróbować odbić z klubu PiS kilkunastu posłów w celu pozbawienia obozu władzy większości i wymuszenia zmiany na fotelu Marszałka Sejmu. O takim planie mówi ostatnio mecenas Giertych i ja się z tym planem zgadzam. O konieczności „przejęcia” kilkunastu posłów koalicji rządzącej pisałem już w 2018 roku.

Tyle teorii. Przejdźmy do praktyki.

Napisałem wczoraj na Twitterze, że „Aby obalić PiS konieczne jest zjednoczenie opozycji. Jest to możliwe pod warunkiem, że Lewica zrezygnuje teraz z forsowania kwestii światopoglądowych (legalna aborcja i małżeństwa jednopłciowe). Do tych tematów można wrócić po obaleniu PiS i wprowadzeniu do Konstytucji RP odpowiednich bezpieczników. Można też porozumieć się w sprawie referendum dotyczącego aborcji. Ważne jest jednak stworzenie jednej listy Zjednoczonych Sił Demokratycznych na wzór Zjednoczonej Prawicy (wspólna lista, odrębne partie). Tylko taka lista może zagwarantować zdobycie większości konstytucyjnej i blokującej weta Andrzeja Dudy (D’Hondt)”.

Skala niezrozumienia o czym piszę, mnie powaliła. I o ile hejt walczącej Lewicy mogę jeszcze zrozumieć, szokiem dla mnie są komentarze niektórych osób poglądami mi bliskich. Jako długoletni uczestnik twitterowego życia mam zawsze świadomość, że ograniczona liczba znaków w tweecie, zmuszać powinna odbiorców do głębszego zastanowienia się nad każdą wiadomością, która przekazuje treści głębsze niż informację o pogodzie, sukienkach czy pitych aktualnie trunkach.

Reakcje ludzi Lewicy uświadomiły mi, że żadnego porozumienia na opozycji nie będzie, w każdym razie nie z udziałem tej formacji. Cóż, Lewica będzie musiała już wkrótce podjąć decyzję, w którym miejscu historii ma się znowu znaleźć. Czy jak drzewiej bywało kolejny raz poza jej nawiasem. Jeśli bowiem dojdzie do porozumienia między KO, partią Hołowni i PSL, a wydaje się to być naturalnym sojuszem, lista taka otrzymać może od wyborców dodatkową premię za zjednoczenie, marginalizując Lewicę do wyniku poniżej 5%. Jest bardzo prawdopodobne, że sojusz trzech partii zdobędzie wystarczającą liczbę miejsc w Sejmie, aby blokować prezydenta. Na co wtedy potrzebna będzie Lewica i po co?

Czego nie napisałem.

Adrian Zadberg skomentował moje tezy tak:
„Aby obalić PiS, konieczna jest rezygnacja przez Lewicę:
– ze spraw pracowniczych,
– ze spraw prawnoczłowieczych,
– ze spraw gospodarczych,
– a w ogóle najlepiej, gdyby Lewica znikła.
Platforma natomiast powinna pozostać sobą, ponieważ obalanie PiSu od lat świetnie jej idzie”.

Joanna Scheuring-Wielgus tak:
„W ogóle nie masz racji. To nie są sprawy światopoglądowe. Nie widzisz zmiany trendu. Ludzie chcą postępu a nie zachowawczości. A to beznamiętnie i ciągłe stawianie warunków Lewicy jest już nudne”.

Krzysztof Śmiszek napisał zaś tak:
„Ale raz już PiS został pokonany, przypominam. W 2007 roku. I aż do 2015 ani jeden postulat postępowy nie został spełniony… Wiec o jakiej konieczności chowania pod dywan lewicowych postulatów my tu w ogóle rozmawiamy? To zła droga, po prostu. Rzeczywistość to już zweryfikowała”.

Nie napisałem, że prawa kobiet należy poświęcić na ołtarzu ojczyzny. Nie napisałem, że Lewica ma rezygnować ze swoich postulatów. Nie napisałem, że prawa osób LGBT należy odłożyć ad Kalendas Graecas. Nie napisałem, że nie należy walczyć o liberalizację prawa aborcyjnego. Nie napisałem wreszcie, że jestem platformerskim akolitą, a to mi zarzucano najbardziej. Nieśmiało zauważyć chcę, że jestem orędownikiem porozumienia ponad podziałami czterech formacji politycznych, z czego trzy realizują z powodzeniem pakt senacki od ponad roku.

Co napisałem (między wierszami).

Przedstawiłem swoją propozycję rozwiązań zmierzających do obalenia najbardziej szkodliwej władzy w historii Polski po 1989 roku. A ta propozycja zamyka się w kilku punktach, zbudowanych na hierarchii ważności. Można się z tym nie zgadzać, ale obrażać mnie i imputować mi poglądy, których nie wyznaję – w dyskursie publicznym nie wolno.

Po pierwsze: uzgodnić to, co łączy, nie to, co dzieli.

Po drugie: doprowadzić do porozumienia ponad podziałami z udziałem jak najszerszej grupy ugrupowań i stowarzyszeń wokół czterech najbardziej liczących się dzisiaj bytów politycznych: KO, PL2050, PSL i Lewicy.

Po trzecie: stworzyć jedną wspólną listę Zjednoczonych Sił Demokratycznych na wzór listy Zjednoczonej Prawicy. Miejsca na liście muszą być wynikiem porozumienia, ale to przecież da się zrobić pod warunkiem, że politycy (wszystkich opcji) właściwie będą interpretować słowo „konsensus”. Tylko taka lista zagwarantuje zdobycie odpowiedniej liczby miejsc w Parlamencie (system D’Hondta).

Po czwarte: mając większość konstytucyjną wprowadzić niezwłocznie bezpieczniki do Konstytucji, aby już nigdy więcej nie można jej było instrumentalnie wykorzystywać. Zapisy powinny być jednoznaczne i proste, zrozumiałe dla przeciętnego Polaka, a nie dla wąskiej grupy prawników. Najlepiej używać do tego zdań prostych, nie wielokrotnie złożonych.

Po piąte: niezwłocznie wprowadzić szeroki projekt naprawy państwa – przede wszystkim jego instytucji. Ale także sądów, systemu ochrony zdrowia i wszystkiego, co rozwalił obóz ZP.

Po szóste: rozpocząć procesy rozliczeń, ale wyłącznie w oparciu o niezawisłe sądownictwo i komisje śledcze utworzone w Sejmie lub Senacie.

Po siódme: zorganizować referendum w sprawie aborcji. To nieprawda, że takiego referendum nie można organizować, bo mają się w nim decydować prawa człowieka. To właśnie tym bardziej wypowiedzieć się w tej sprawie winien cały naród jako faktyczny suweren. Inaczej sprawa aborcji będzie wiecznie otwartym sporem publicznym, budzonym przez jedną lub drugą stronę sceny politycznej. Pytania powinny być efektem porozumienia, najlepiej trzy: (1) czy jesteś za liberalizacją, (2) czy jesteś za zapisami z 93 roku, (3) czy jesteś za zaostrzeniem. Przypominam, że według najnowszych badań większość jest za powrotem do zapisów z 93 roku. Przypominam też, że w 2016 roku referendum w sprawie aborcji chciał SLD. Zwracam też uwagę na to, że referendum należałoby zrobić po obaleniu władzy PiS, aby do minimum zredukować wpływ prawicy na media.

Po ósme: niezwłocznie po przejęciu władzy zacząć realizować plan naprawy gospodarki oparty o uzgodnienia zawarte w fazie tworzenia się sojuszu.

Po dziewiąte: wprowadzić do kodeksu karnego rozszerzony zapis dotyczący gwałtu, w oparciu o zapisy Konwencji Antyprzemocowej. Zapis ten powinien być z jednej strony przemyślany, z drugiej stanowić powinien swego rodzaju ukłon w stronę lewicowych postulatów.

Po dziesiąte: otworzyć społeczną dyskusję opartą o rzetelną kampanię informacyjno-edukacyjną dotyczącą małżeństw jednopłciowych i adopcji dzieci przez te związki. Nie jestem przeciwnikiem tych rozwiązań, jestem natomiast zwolennikiem tego, aby zapisy prawne związane z tymi kwestiami były wynikiem głębokiej i przemyślanej dyskusji społecznej, w której wezmą udział także gremia naukowe i eksperci różnych dziedzin. Najmniej politycy.

Reasumując.

Jeśli nie da się odsunąć obozu Zjednoczonej Prawicy od władzy na wiosnę lub lato 2021 roku, w 2023 nie będzie już czego zbierać, o czym mówiłem na wstępie. Przypomnę, że za chwilę ukaże się uzasadnienie „wyroku” „Trybunału Konstytucyjnego” w sprawie aborcji. W 2023 roku wszystkie postępowe postulaty dotyczące praw kobiet, osób LGBT i inne będzie można włożyć sobie głęboko do szuflady lub powiesić nad łóżkiem jako przestrogę przypominającą o straconych szansach i nadziejach na lepsze jutro.

Tak jak nie ma powrotu do lat 2007-2015, jak nie ma powrotu do hegemonii jednej partii na opozycji, tak nie ma też innej drogi do postępu, jak przez opisany wyżej sojusz demokratycznych sił na opozycji. No chyba że komuś śni się kryterium uliczne z krwią na chodnikach i trotuarach.

Ale to już całkiem inna historia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *