Przed wyborami 2015 roku Prawica była totalnie skłócona, każdy tam się nienawidził (co zresztą pozostało do dziś), ale pod naciskiem Kaczyńskiego wszyscy się zjednoczyli w jednym celu – zdobyć władzę i nieograniczoną kasę. To był cel niwelujący każdą wzajemną nienawiść. Nikt z liderów satelickich i kanapowych partyjek nie miał problemu z tym, że Kaczyński od lat budował i buduje nadal finansowe imperium, początki którego zaczynają się na przełomie lat 80 i 90 dzięki pieniądzom KGB (według redaktora Piątka to osobiste kontakty z Anatolijem Wasinem rozpoczęły złotą erę Jarosława Kaczyńskiego, co udokumentowane zostało w jego książce „Kaczynski i jego pajęczyna”). Dla jednoczącej się wtedy Prawicy liczył się tylko jeden cel – przejąć władzę i dokończyć to, czego nie udało zrobić się w latach 2005-2007.
Od 8. lat opozycja nie może pojąć tej prostej prawdy, że można się ze sobą zjednoczyć mimo różnic (bo przecież na opozycji nie ma nienawiści, są jedynie różnice). I mimo to, że grozi nam trzecia kadencja PiS, co oznacza totalną rozprawę z demokracją, liderzy małych partii mają ciągle jakiś problem i muszą kopnąć w kostkę najsilniejszego w stawce.
Po co? Nikt rozsądny nie wie.
O ile bowiem spoiwem Prawicy jest kasa, spoiwem Demokratów mogą być normalne, praworządne rządy. Czy to mało?
Wszystkie badania sondażowe, w zasadzie już od 2019 roku – jeszcze sprzed wyborów parlamentarnych, pokazują ten sam trend: wyborców demokratycznych, opozycyjnych jest w sumie więcej niż wyborców bloku PiS. Wyniki wyborów pokazały to jednoznacznie – na partie opozycyjne oddano w sumie blisko milion głosów więcej niż na blok PiS, ale i tak wygrał PiS. Dlaczego? Bo opozycja nie potrafiła zbudować wspólnego bloku.
Ten sam błąd opozycja powtórzyła rok później w wyborach prezydenckich, gdzie w II turze wyborów zabrakło odwagi i świadomości, żeby zbudować jeden wspólny front wokół Trzaskowskiego, aby pokonać Dudę w tych nierównych, niesprawiedliwych i być może nawet sfałszowanych wyborach, a jeśli nie sfałszowanych, to na pewno zafałszowanych.
Wtedy zabrakło świadomości, której brak widać także i dziś.
W poniedziałek ukaże się w Gazecie Wyborczej obywatelski sondaż dotyczący strategii opozycji na wybory. Z przecieków wiadomo, że sondaż ten będzie druzgocący i jednoznaczny – albo wspólna lista, albo dajmy sobie spokój z demokracją na lata.
Z ostatnich komentarzy wynika też, że Lewica powoli idzie jednak po rozum do głowy, ale liderzy dwóch pozostałych ugrupowań nadal tkwią w swoich egoizmach. Tezę o demobilizacji 11% wyborców, co jest w mediach społecznościowych promowane z uporem maniaka przez określone konta, można włożyć między bajki – ona służy jedynie usprawiedliwianiu tych egoizmów, bo kłamstwem powtarzanym od dawna jest to, że wspólny blok doprowadzi do utraty tożsamości mniejsze partie. Nie, nie doprowadzi – każda partia w ramach tego bloku może kultywować swoją odrębność, bo można się różnić, ale jednocześnie być razem w sprawach nadrzędnych, pryncypialnych. Powtarzam – na opozycji nie ma nienawiści, są jedynie różnice. A różnić można się pięknie, do tego wystarczy jedynie dobra wola i zdolność patrzenia dalej i szerzej niż tylko na odległość czubka własnego nosa.
Zatem Panowie Hołownia i Kosiniak-Kamysz – interesuje mnie tylko jedno, czy weźmiecie na siebie pełną odpowiedzialność za trzecią kadencję PiSu? To pytanie powinien Panom zadawać każdy wyborca opozycji.
W przestrzeni publicznej pojawił się tekst redaktora Sroczyńskiego, który przez część tzw. komentariatu uznany został za odkrywczy i ważny. Ale to słaby merytorycznie tekst, pełen przekłamań i subiektywnych ocen redaktora Sroczyńskiego. Tekst ten skierowany jest do całej opozycji, ale jakimś dziwnym trafem opozycja spersonalizowana została w tym artykule do jednej osoby – Donalda Tuska, który według autora tego tekstu nie ma nic ciekawego do zaoferowania wyborcom i nie ma żadnego planu na rządzenie po wygranych wyborach. Temu tekstowi zarzucam rzecz najważniejszą, która czyni zeń tekst ułomny – obsesję na punkcie szefa PO. Niektórzy stwierdzili nawet, że tekst ten jest bardziej odkrywczy niż teksty Tomasza Lisa, któremu przypisuje się bezkrytyczne uwielbienie Tuska i Platformy. Porównanie to dość śmiałe, zwłaszcza, jeśli ktoś pamięta jeszcze artykuł Tomasza Lisa o czwartej pseudowładzy.
Przepraszam, ale dziennikarstwo redaktora Lisa to jednak nieosiągalny dla Sroczyńskiego poziom, także pod względem stosunku do obecnej władzy.
Tymczasem Tusk objeżdża Polskę i przyciąga na swoje spotkania coraz większe tłumy. Czy się to komuś podoba, czy nie, fakty są takie, że tylko Tusk obecnie jest w stanie zmobilizować wyborców przeciwko obozowi PiS. I oczywiście można opowiadać bzdury, że Tusk nie ma żadnego planu, programu czy pomysłu na rządzenie, ale te tłumy mówią co innego.
I wszystkim tuskofobom niniejszą konstatację dedykuję.