I
Od miesięcy nie napisałem felietonu. Aż w końcu mnie ruszyło. Iskrą, która wznieciła we mnie płomień oburzenia, stała się „sprawa” marszałka Czarzastego. To niebywałe, jak ambasador USA pozwolił sobie obrazić polski naród. Jakbyśmy byli jakimś pieprzonym wasalem Ameryki. Panu ambasadorowi pomyliły się funkcje, ale przecież nie zrobił tego sam z siebie – kto tak myśli grzeszy sporą naiwnością.
Trzeba bowiem wiedzieć i rozumieć, dlaczego to się dzieje. Otóż jest to element wojny wypowiedzianej przez prawicę liberalnej demokracji. Ideologia MAGA nie przynosi spodziewanych efektów, a wręcz upada, więc amerykańska prawica się radykalizuje. Elementem tej radykalizacji jest oczywiście w Polsce Prawo i Sprawiedliwość, Karol Nawrocki i kancelaria prezydenta.
Ruch MAGA, jak każda radykalna ideologia, nie zalał Stanów Zjednoczonych tak mocno, jak wyobrażała sobie to ekipa Trumpa. Coraz więcej Amerykanów otwiera oczy i budzi się z umysłowego letargu.
A co robią politycy, zwłaszcza cynicy, gdy ich chore pomysły nie znajdują szerszego poparcia? Jeszcze bardziej się radykalizują, jakby mało byli już radykalni.
Fareed Zakaria dla Le Figaro: „Im większe kłopoty Trump napotka w kraju, tym bardziej agresywny będzie wobec świata”.
Za pierwszego Trumpa wśród jego świty odnaleźć można było ludzi, którzy potrafili go hamować, w drugiej kadencji są przy nim albo jeszcze więksi cynicy niż on (można być jeszcze większym cynikiem niż Trump?), albo na tyle słabi, że nie mają na niego żadnego wpływu.
A zaczęło się od tych słów Trumpa: „Myślę, że bardzo dobrze dogadujemy się z NATO, ale zawsze powtarzałem, czy będą, kiedy będziemy ich kiedykolwiek potrzebowali. I to jest naprawdę ostateczny test. I nie jestem tego pewien. Wiem, że my bylibyśmy tam, ale czy oni będą? Wiem, że to się nigdy nie zdarzy. My ich nie potrzebowaliśmy, nigdy tak naprawdę o nic ich nie prosiliśmy. Wiecie, powiedzą, że wysłali jakieś wojska do Afganistanu, czy coś w tym stylu i tak zrobili. Trzymali się trochę z tyłu, trochę z dala od linii frontu, ale my, no cóż, byliśmy bardzo dobrzy dla Europy i innych krajów. To musi być droga dwukierunkowa, a była to droga jednokierunkowa”.
Nie był to przypadkowy słowotok. Od samego początku chodziło o to, aby obrazić partnerów z NATO, bo wypowiedź ta jest tak bezczelna i tak głęboko głupia, że nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Było też wiadomo, kogo ta wypowiedź dotknie, a kto będzie ją bagatelizował.
II
Autor podcastu „Ameryka dla zaawansowanych”, Marcin Firlej, pisze tak:
„Polityka amerykańska w 2026 roku wkracza w nową fazę. To nie jest kolejny rok administrowania. To desperacki wyścig Donalda Trumpa o zabetonowanie zmian, zanim wybory środka kadencji odbiorą mu polityczne zasilanie. Jeśli Republikanie stracą Izbę Reprezentantów, prezydent zostanie sam na sam z mikrofonem. Bez realnej dźwigni władzy. Trump i polityka amerykańska wchodzą więc w tryb ugruntowania dotychczasowych zdobyczy – polem walki będą amerykańska tożsamość, edukacja w USA i amerykańska kultura. Słowem wojna kulturowa na całego.
W przeciwieństwie do ubiegłego roku konserwatywny think tank Heritage Foundation nie opublikował nowego manifestu. Po wizerunkowej katastrofie Project 2025 byłoby to polityczne samobójstwo. Zamiast tego obserwujemy coś innego: rozproszenie konfliktu na setki lokalnych bitew. Rady szkolne, biblioteki publiczne, programy nauczania. Tam właśnie przenosi się dziś polityka amerykańska. Kongres USA może się spierać o budżet, ale prawdziwa wojna toczy się w gminie obok.
Project 2026 nie istnieje jako jednolity dokument programowy, ale istnieje jako polityczna rama. Pozwala połączyć w jedną opowieść dziesiątki wojen kulturowych. Spory o książki, listy lektur, obecność tematów związanych z rasą i płcią. Każdy rodzic może w nich uczestniczyć. Każdy konflikt da się sprowadzić do prostego wyboru: dzieci kontra ideologia. Społeczeństwo amerykańskie zostaje wciągnięte w wojnę pozycyjną na poziomie lokalnym. A jeśli wejdą później na poziom federalny – tym lepiej. Tutaj pomocną dłoń poda zdominowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy USA”.
Mechanizm zastosowany tym razem przez Heritage Foundation i administrację Trumpa jest prosty i skuteczny. Dodatkowo rozproszenie Demokratów i oburzonego coraz bardziej działaniami Trumpa amerykańskiego społeczeństwa osłabia opór. Opozycja musi działać jednocześnie w wielu miejscach, co utrudnia działanie, podczas gdy decyzje administracji są spójne. Coraz częściej kontrowersyjne decyzje przestają być postrzegane jako tymczasowe i zaczynają funkcjonować jako nowa normalność.
Stawka jest wysoka. Jeśli Republikanie zachowają Kongres, Trump dokończy transformację i zabetonuje ją na lata (podobnie stałoby się w Polsce, gdyby wybory parlamentarne w 2023 roku kolejny raz wygrał obóz Zjednoczonej Prawicy). Jeśli strategia się powiedzie, polityka amerykańska wejdzie w fazę, w której trwałość zmian zacznie funkcjonować niezależnie od prawa. Wszystko, co dzisiaj robi administracja Trumpa, to realizacja planu awaryjnego na wypadek przegranej w wyborach środka kadencji na jesieni. Dziś wiele wskazuje na to, że Kongres USA mogą przejąć Demokraci.
Jednym z elementów tego planu była próba wprowadzenia zmian w ordynacji wyborczej, zmierzająca do utrudnienia rejestracji i ułatwienia cichego blokowania uprawnionych do głosowania wyborców, zwłaszcza studentów, seniorów, Amerykanów o niskich dochodach i wyborców kolorowych. Trump próbował zrobić to rozporządzeniem wykonawczym.
Na szczęście w USA działają jeszcze cały czas bezpieczniki, które zawiodły w Polsce. Trump trafił na opór sądu. W ostrej krytyce sędzia federalna na stałe zablokowała kluczowe części szeroko zakrojonego rozporządzenia wykonawczego Donalda Trumpa zakazującego głosowania, nazywając je nie tylko nielegalnym, ale także stanowiącym bezpośrednie zagrożenie dla demokracji. Sędzia okręgowa Colleen Kollar-Kotelly nie bawiła się w miękkie słówka. Przypomniała Trumpowi podstawową lekcję obywatelstwa, którą przez lata próbował wymazać: prezydent nie ma żadnej władzy nad ordynacją wyborczą. Żadnej. Koniec, kropka.
„Twórcy naszej Konstytucji uznali, że władza nad ordynacją wyborczą może być nadużywana” – napisała, ostrzegając jednocześnie, że taka władza może zostać wykorzystana do „ograniczania władzy obywateli”. W uzasadnieniu znalazło się także i takie zdanie: „Dlatego Konstytucja przyznaje tę władzę stanom i Kongresowi, a nie potencjalnemu despotycznemu przywódcy w Gabinecie Owalnym”.
Orzeczenie to zapadło po tym, jak wiele sądów wydało już tymczasowe nakazy sądowe dotyczące części zarządzenia. Tym razem jednak blokada ma charakter trwały – dzięki pozwom złożonym przez Partię Demokratyczną, Ligę Zjednoczonych Obywateli Latynoamerykańskich i Ligę Wyborczyń.
III
Wróćmy jednak na nasze podwórko. „Sprawa Czarzastego” ujawniła także to, jak bardzo uwikłana jest polska prawica w sojusz z Trumpem. Przy czym serwilizm wobec niego i jego administracji ze strony PiS, Nawrockiego i wyborców prawicy nie jest niczym nowym. Polska prawica ma serwilizm w DNA. Ma on różne barwy: amerykańskie, rosyjskie, PRL-owskie. Bez znaczenia. Znaczenie ma to, że zawsze musi być jakiś „pan”, który silną ręką „wprowadza porządek”. Podobnie zachowywała się przez lata Lewica wobec Rosji, ale oni już dawno z tego serwilizmu się wyleczyli. Prawica nie wyleczy się z serwilizmu nigdy.
Istotne znaczenie ma odpowiedź na pytanie, dlaczego Donald Trump jest tak niebezpieczny dla świata Zachodu? Odpowiedź ta jest znana od dawna: polityka według Trumpa i jego administracji to wyłącznie transakcja i to taka, która jest korzystna dla nich, niekoniecznie dla USA i wolnego świata.
Jak donosi Wall Street Journal w wydaniu z 31.01.26 roku cztery dni przed inauguracją Donalda Trumpa w 2024 roku, członkowie rodziny królewskiej z Abu Zabi potajemnie podpisali umowę z rodziną Trumpów na zakup 49% udziałów w ich raczkującym przedsięwzięciu kryptowalutowym za pół miliarda dolarów, jak wynika z dokumentów firmy i danych osób zaznajomionych ze sprawą. Kupujący mieli zapłacić połowę z góry, przekazując 187 milionów dolarów podmiotom rodziny Trumpów.
Umowę z World Liberty Financial, o której wcześniej nie informowano, podpisał Eric Trump , syn prezydenta. Co najmniej 31 milionów dolarów miało również trafić do podmiotów powiązanych z rodziną Steve’a Witkoffa , współzałożyciela World Liberty, który kilka tygodni wcześniej został mianowany wysłannikiem USA na Bliski Wschód, jak wynika z dokumentów.
Inwestycję wsparł szejk Tahnoon bin Zayed Al Nahyan, członek rodziny królewskiej z Abu Zabi, który, według osób zaznajomionych ze sprawą, naciska na Stany Zjednoczone, aby uzyskały dostęp do ściśle strzeżonych układów sztucznej inteligencji. Tahnoon – czasami nazywany „szpiegiem-szejkiem” – jest bratem prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich, doradcą rządu ds. bezpieczeństwa narodowego, a także liderem największego funduszu majątkowego tego bogatego w ropę kraju. Nadzoruje imperium warte ponad 1,3 biliona dolarów, finansowane z jego osobistego majątku i państwowych pieniędzy, obejmujące wszystko, od hodowli ryb, przez sztuczną inteligencję, po nadzór, co czyni go jednym z najpotężniejszych inwestorów indywidualnych na świecie.
Transakcja ta stanowiła wydarzenie bezprecedensowe w amerykańskiej polityce: urzędnik zagranicznego rządu objął znaczny pakiet udziałów w firmie nowego prezydenta USA.
Za rządów Bidena wysiłki Tahnoona zmierzające do pozyskania sprzętu AI były w dużej mierze udaremnione z powodu obaw, że wrażliwa technologia mogłaby zostać przekierowana do Chin. Szczególne zaniepokojenie wzbudziła jedna z firm Tahnoona, firma G42, zajmująca się sztuczną inteligencją, która wzbudziła niepokój wśród urzędników wywiadu i prawodawców z powodu bliskich powiązań z objętym sankcjami gigantem technologicznym Huawei i innymi chińskimi firmami. Firma ogłosiła zerwanie powiązań z Chinami pod koniec 2023 roku, ale obawy nadal istniały.
Jak czytam w Wall Street Journal z 4.02 członek komisji Izby Reprezentantów nadzorującej konkurencję między USA a Chinami, Ro Khanna, wszczął dochodzenie w sprawie tej inwestycji i wezwał prokuratora USA do zbadania tej umowy. W liście do Zacha Witkoffa, dyrektora generalnego wspieranej przez Trumpa firmy World Liberty Financial, kongresmen z Kalifornii wysłał listę 16 pytań i poprosił o dokumenty związane z tą umową. Jaki będzie dalszy ciąg tej sprawy, pokaże, w którą stronę pójdzie Ameryka i przy okazji – wolny świat. A może już tylko „wolny świat”.
IV
Na koniec kilka cytatów z wywiadu, jaki Fareed Zakaria, znany publicysta i politolog, udzielił Le Figaro:
Pierwszy: „Obecny paraliż liberalnych demokracji nie wynika ze słabości instytucji. Wynika on z faktu, że obywatele chcą dziś rzeczy, których nie da się ze sobą pogodzić: wysokich emerytur, doskonałego systemu opieki zdrowotnej – ale także niskich podatków.
Są to powszechne pragnienia, ale niemożliwe do osiągnięcia naraz. Powoduje to frustrację”.
I drugi: „Społeczeństwa liberalne głęboko wierzą w ideę, że ludzie są racjonalni i nie należy im dyktować, jak powinno wyglądać dobre życie: to oni sami powinni o tym decydować. To wspaniała idea. Jednak w rzeczywistości ludzie pragną również odpowiedzi i pewności, jakie dają religia, tradycja i wspólnota. Kiedy to wszystko nagle zabierzemy, powstaje niebezpieczna pustka. Prawica odpowiada na tę pustkę, broniąc religii, tradycji, zwyczajów i nawet solidarności społecznej. A lewica (liberalna demokracja – przypis mój) jak dotąd wciąż nie znalazła propozycji, która wypełniałaby tę pustkę w sercach ludzi”.
Głównym problem związanym z kryzysem liberalnej demokracji jest od dawna strach przed liberalizmem. Partie liberalne schowały się w kąt, a jeśli nawet na chwilę z niego wychodzą, to tylko po to, aby za chwilę schować się tam z powrotem, półgębkiem rzucając jakiś liberalny frazes. Nawet partie, które mają w swej nazwie lub w programie liberalizm gospodarczy i światopoglądowy dziś wycofały się z tych haseł, kierując się w stronę mitycznego centrum.
Tymczasem, moim zdaniem, jest całkiem spora grupa wyborców, którzy chcieliby takiej partii, partii, która wróci do korzeni i nie będzie bała się głośno mówić, że jest liberalna. Nie będzie narzucać swojej wizji, ale będzie o niej głośno mówić. Wizja obroni się sama. Liberalna demokracja musi znaleźć odpowiedź na prawicowy populizm, którym jest także libertarianizm Konfederacji. Są do tego gotowe narzędzia – rewolucyjne, to fakt, ale tylko odwagą można pokonać tę szeroko rozlewającą się falę konserwatyzmu. Tym narzędziem jest Sieciowa Demokracja Liberalna, czyli autentyczny powrót do źródeł polityki.
Jeśli liberalna demokracja nie obudzi się z letargu, prawicowy populizm, którego częścią jest też prawicowy libertarianizm, na lata zabetonuje politykę nie tylko polską, ale także światową.
2 odpowiedzi
Ciekawy tekst.
Dziękuję. Pozdrawiam. JL.