POETA
Po całym świecie
możesz szukać Polski, panno młoda,
i nigdzie jej nie najdziecie.
PANNA MŁODA
To może i szukać szkoda
POETA
A jest jedna mała klatka –
o, niech tak Jagusia przymknie
rękę pod pierś.
PANNA MŁODA
To zakładka
gorseta, zeszyta trochę przyciaśnie.
POETA
– A tam puka?
PANNA MŁODA
I cóz za tako nauka?
Serce – !–?
POETA
A to Polska właśnie.
Wydarzenia w Usnarzu Górnym i to, jak się polskie państwo, państwo PiS, w tej sprawie zachowuje, to nie jest jakiś ewenement. To realizowana od 6 lat doktryna państwa opresyjnego, w którym obywatel wobec państwa ma być przedmiotem, nie podmiotem. To opresyjne państwo ma swoich zwolenników, a teza ta potwierdzi się, idę o zakład, w komentarzach, które znajdą się pod tym felietonem i tweetem go zapowiadającym. Jest ogólne, społeczne przyzwolenie na ową represyjność i zaostrzanie kar, z karami najostrzejszymi – ograniczeniem wolności włącznie.
Czterodniowy areszt za niezapłacony mandat w kwocie 100 zł? Tak! Należy się! Kilka miesięcy w areszcie bez aktu oskarżenia, jak to miało miejsce w przypadku Stanisława Gawłowskiego czy Sławomira Nowaka? Tak! Należy się! Zamykanie w aresztach protestujących podczas strajków kobiet? Tak! Należy się! Upokarzanie kobiety (rozbieranie do naga) w komisariacie policji? Tak! Należy się! Przykładów można mnożyć bez liku.
Z drugiej strony widzimy całkowitą bezkarność ludzi związanych z władzą. Żadna, ujawniona przez wolne media afera nie zakończyła się zatrzymaniem – wszystko wycisza się na poziomie prokuratury, która niewygodne dla władzy sprawy umarza lub w ogóle nie podejmuje działań. Bezkarność osób związanych z obecnym obozem władzy jest powszechna. Dualizm prawny, modus operandi tej władzy, jest fundamentem państwa PiS.
Kilka dni temu osobiście miałem okazję to opresyjne państwo zobaczyć na własne oczy. Mój przyjaciel z liceum, Marcin, przeżył traumatyczne wydarzenie. Spotkałem się z nim przy piwie w jednej z poznańskich knajpek, by usłyszeć jego opowieść o tym, co mu się przydarzyło. Zgodził się, abym to opisał.
Marcina znam od czasów licealnych. Zawsze był ułożonym, sympatycznym chłopakiem, a jego szarmancki stosunek do dziewczyn w liceum był powszechnie znany. Nie raz ktoś sobie nawet robił z tego żarty. Zawsze był uczynnym kolegą, nigdy nie odmawiał pomocy. Do tego wszędzie było go pełno, to zostało mu do dziś. Jak w liceum, tak i dzisiaj, zajmuje się kilkoma projektami jednocześnie. Często praca go pochłania. Taki typ człowieka, po prostu. Marcin od dawna też angażuje się w różne polityczne eventy po stronie szeroko pojętej opozycji, co być może ma w całej tej sprawie istotne znaczenie.
Jego trauma, to pobyt w areszcie. Dla kogoś, kto ze światem przestępczym nie ma i nie miał nigdy nic wspólnego, przeżyć takie zatrzymanie, jest wydarzeniem, które głęboko zapada w pamięć. Niestety dla niektórych sędziów i prokuratorów, zamknięcie człowieka jest jak wypicie przysłowiowej filiżanki kawy. Sędziowie i prokuratorzy traktują areszt jak błahostkę, gdy tymczasem ograniczenie wolności w postaci zamknięcia kogoś w celi, powinno być karą stosowaną w ostateczności.
W obecnej Polsce nie jest.
Oto relacja Marcina, przeze mnie spisana. Użycie pierwszej osoby jest zamierzonym i celowym efektem. To w końcu jego opowieść.
***
W 2018 roku miałem do zapłacenia jakąś grzywnę. Sprawa dotyczyła mojej byłej firmy, którą w 2019 roku zamknąłem. Korespondencja przychodziła na jej adres, nie mój domowy, bo taki był podany w aktach sprawy. Pamiętam, że jakoś tak pod koniec 2019 wysłałem pismo o zmianie adresu korespondencyjnego na adres zamieszkania. Grzywnę zapłaciłem częściowo, potem o niej zapomniałem w natłoku różnych spraw, także dlatego, że zająłem się nowym projektem, nad którym pracuję już parę lat. W 2020 przyszła pandemia, o dawnych sprawach nie było w ogóle czasu myśleć. Głowę miałem zajętą problemami związanymi z bieżącymi sprawami, kolejnymi lockdownami i brakiem pomocy ze strony państwa.
11.08. Wieczór. Siedzę w domu, oglądam reasumpcję głosowania w Sejmie. Około 19:00 dzwonek do furtki. Zaglądam przez okno w kuchni. Policja. „No dobrze” – myślę sobie – „policja jak to policja, zdarza się”. Otwieram furtkę i do domu wchodzi troje policjantów. Jestem całkowicie zaskoczony. Nie wiem, o co chodzi, ale jeśli jest ich troje, zakładam, że to jakaś poważna sprawa. Myślami przebiegam ostatnie miesiące, szukając swoich przewinień. Nic mi do głowy jednak przyjść nie chce. Policjanci stają wokół mnie. Jeden wyciąga jakieś akta, drugi stoi tuż przy mnie. Policjantka nieco dalej, odgradza wyjście z salonu na korytarz. Żona ze strachem w oczach schodzi po schodach z piętra i staje niedaleko mnie.
Policjant przerzuca akta i szuka jakiegoś dokumentu. Po chwili wyjaśnia się powód ich wizyty. Okazuje się, że jestem poszukiwanym w całej Polsce przestępcą, za którym prokurator wydał list gończy. Moja facjata we wszystkich komendach w Polsce. Jak bandyty. Tak jestem poszukiwany, że każdego dnia wieczorem w kapciach oglądam telewizję we własnym domu. Tu, gdzie jestem zameldowany. Adres dostępny w rejestrze PESEL.
Od słowa do słowa okazuje się, że sąd wydał nakaz zamknięcia mnie w areszcie na 35 dni, ale nadal nie wiem z jakiego powodu, bo policjant nie potrafi tego wyczytać z akt. 35 dni aresztu. Od razu. Tak jak stoję. Żona wpada w panikę, ja nie bardzo rozumiem, co się dzieje. Cudem udaje mi się ubłagać policjantów, aby nie wyprowadzali mnie z domu, na oczach sąsiadów, zakutego w kajdanki, bo ten stojący przy mnie już po nie sięgał. Nawet przebierać się muszę przy nich, nigdzie się nie mogę ruszyć.
Jedziemy najpierw na komisariat w mojej miejscowości. Tam przechodzę jakieś procedury i w końcu otrzymuję sygnaturę akt sprawy. Natychmiast uruchamiam wszystkie możliwe kanały kontaktowe (jeszcze mogę korzystać z telefonu): firmę i prawników. Wszyscy podejmują natychmiastową akcję wyciągania mnie z tej groteskowej dla mnie sytuacji. Od prawnika otrzymuję SMS. Po sygnaturze akt wyciąga dane z rejestru, których nie potrafili mi w domu podać policjanci i informuje, że grzywna wynosi 800 zł i że została częściowo uregulowana. 800 zł. 35 dni aresztu. 22 złote dziennie – taki przelicznik.
Mam dosłownie kilkanaście minut, zanim nie stracę telefonu, więc uruchamiamy wszystkie możliwości, aby sprawę jak najszybciej zamknąć: między firmą, żoną i prawnikami krążą SMS-y i dzwonią telefony. Po kilku minutach dostaję wiadomość z domu: „Wyciągniemy Cię!”. Pytam żonę, jak się czuje. „Trzymam się” – pada odpowiedź. Świadomość, że kilka osób podjęło działania, nieco mnie uspokaja. Później się okaże, że pieniądze zostały już wpłacone, a prawnicy radzą, aby z potwierdzeniem jechać do punktu zatrzymań w Poznaniu (to taki punkt zbiorczy, zanim nie przewiozą mnie do aresztu na Młyńską).
Z komisariatu w mojej miejscowości jedziemy do Poznania. Tutaj już jestem zakuty w kajdanki. W radiowozie pytam siedzącą obok mnie policjantkę, czy to konieczne. Mówię: „Była pani u mnie w domu, widziała, jak mieszkam. Sądzi pani, że z powodu 800 zł będę uciekał, aby pogorszyć sytuację?”. „Ludzie uciekają z powodu 500 zł” – pada odpowiedź. „Czy ja wyglądam i zachowuję się jak ktoś, kto chce uciekać z powodu 500 zł?”. „Takie mamy procedury” – pada magiczna odpowiedź, którą usłyszę tego wieczora i tej nocy jeszcze kilka razy. W Usnarzu Górnym mówią: „Takie mamy rozkazy”.
Nie wiem dokładnie, dokąd mnie wiozą, bo jeździmy po Poznaniu okrężnymi drogami, chyba po to, abym dobrze tę drogę w radiowozie, spięty kajdankami, zapamiętał. W końcu dojeżdżamy do szpitala, jak się okazuje na badania, żeby stwierdzić, czy nadaję się do zamknięcia. Z radiowozu wychodzę cały czas w tych cholernych kajdankach, jak przestępca. Padają charakterystyczne spojrzenia gapiów. W izbie przyjęć siedzę skuty w asyście policjantów i czekam, aż nas wpuszczą na badania.
Wchodzimy do dyżurki lekarskiej. Tu spotyka mnie obcesowe traktowanie przez lekarzy, którzy mnie badają (ciśnienie krwi plus kilka rutynowych pytań – nadaję się na aresztanta). Traktują mnie przy tym, jakbym był jakimś śmieciem – są momentami wręcz niegrzeczni. Chcę im zwrócić uwagę, ale już wychodzimy. Poza tym cały czas jestem w jakimś amoku, ciągle nie dowierzam, że to wszystko się dzieje naprawdę.
Jedziemy do Policyjnego Punktu Zatrzymań (tak się to chyba nazywa – to ten punkt zbiorczy). Tu przechodzę kolejną traumę. Najpierw rutynowe pytania, potem zdawanie do depozytu wszystkiego, co mam ze sobą: pasek, buty, zegarek, obrączka, telefon (od tego momentu już nie mam żadnego kontaktu ze światem). Następnie rewizja osobista. Policjant zwraca się do policjantki, aby wyszła z pokoju przyjęć, ale jednocześnie każe mi stanąć w drzwiach, które otwarte prowadzą na korytarz. Stojąc w nich, jestem z niego widoczny w całej okazałości, więc policjantka ogląda mnie bez żadnego skrępowania.
Po kolei zdejmuję wszystkie rzeczy. Na końcu stoję w samych slipkach, które też muszę zdjąć. Nago mam wykonać obrót z podniesionymi rękoma i zrobić przysiad. Wszystko to dzieje się na oczach policjantów i policjantki. Po co jest ten cały spektakl, nie mam pojęcia, ale według mnie to świadome upokarzanie zatrzymanego. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.
W końcu trafiłam do celi. W celi jest jeden aresztant, ale śpi. Cela to twarda prycza, koc i poduszka, i blade światło żarówki, która świeci się całą noc. Przysypiam tylko na krótkie chwile, bo o normalnym śnie nie ma mowy. Wiem tylko tyle, że rano zabiorą mnie do zakładu karnego na 35 dni. Noc jest dla mnie koszmarem, także dlatego, że nie wiem, kim jest współosadzony i co mnie może czekać z jego strony. No i ta świadomość o czekającym mnie pobycie w areszcie zakładu karnego.
Moje myśli krążą wokół kilku spraw. Jak radzi sobie żona, jak się czuje, jak się czuje i co przeżywa syn? W firmie mam umówionych kilka ważnych spotkań z klientami, do zrobienia kilka ważnych ofert i napisania kilka ważnych maili. Ale myślę też o tym, co mnie czeka rano, do jakiej celi trafię, z kim, czy to będą przestępcy, czy tylko tacy nieszczęśnicy jak ja? Myślę też o wszystkich tych, którzy zostali zabrani z domu, z lotniska, z pracy, znienacka. Policjant w domu do żony powiedział: „Proszę mężowi przygotować bieliznę i szczoteczkę do zębów”. Ta szczoteczka mi utkwiła w głowie najbardziej. Myślę też o tych wszystkich, których to państwo zamknęło na długie miesiące w aresztach, bez aktu oskarżenia, bez kontaktu z rodziną. Dopiero w takich sytuacjach zdaje sobie człowiek sprawę z tego, co te wszystkie osoby musiały przeżywać.
W tym czasie trwa akcja żony, mojego syna, firmy i moich dwóch prawników. Jest już północ, jak sądzę. Później dowiem się, że z dowodem wpłaty są już na komendzie obok i żądają zwolnienia, bo zgodnie z prawem po zapłaceniu grzywny, obywatel jest zwolniony z wykonania kary. Ale tu trafiamy na kolejną niespodziankę. Okazuje się bowiem, że na liście gończym nie ma najważniejszej adnotacji, czyli: opłacenie grzywny automatycznie zamyka sprawę. Ta adnotacja jest kluczowa, bo od niej cała sprawa, jeszcze w moim domu, powinna się zacząć. Tymczasem jej brak oznacza, że mimo uregulowania zobowiązania i tak mogę do tego aresztu trafić. Zatem poruszamy się od tej chwili w jeszcze większych oparach absurdu.
Sprawę przejmuje jeden z moich prawników, porusza niebo i ziemię (co dokładnie robi, tego nie wiem) i w końcu około 10:30 drzwi celi się otwierają i zostaję wywołany. Ale nadal nie wiem, co się dzieje, bo na moje pytanie „dokąd jedziemy?” nie pada żadna odpowiedź. Jaki jest cel trzymania człowieka w niepewności, nie mam kolejny raz pojęcia. Czy to taki problem powiedzieć zwalnianej osobie: wychodzi pan na wolność?
Wchodzimy do tego samego pokoju, w którym byłem poprzedniego wieczora. Tam stoi policjant w cywilu i także on nie odpowiada na moje pytanie. Gdy z woreczka drugi zaczyna wyciągać moje rzeczy, mam dwie myśli w głowie – albo wychodzę, albo mnie zabierają dalej. Dopiero gdy podpisuję protokół odbioru rzeczy z depozytu, ten w cywilu informuje, że zabiera mnie za bramę zakładu, znaczy wypuszcza na wolność. Kilka minut po jedenastej wysiadam z radiowozu tuż za barierkami parkingu komendy policji na Polance. Gdy wykonuję pierwszy od 16. godzin telefon do żony, gromadzone od momentu wejścia policji do domu emocje, uwalniają się w pełni. Kolejne dwa telefony wykonuję do obu prawników, informując, że jestem na wolności. Pełen wdzięczności dziękuję za niebywałe zaangażowanie.
Jedna myśl do mnie dociera na koniec – jak ważne jest podstawowe prawo człowieka, jakim jest ludzka wolność. I ludzka godność. I jak łatwo obecne państwo to najważniejsze prawo gwałci.
***
Kilka spostrzeżeń natury prawnej, po konsultacjach z prawnikami. Po pierwsze, Marcin wcale nie uważa, że w tej sprawie jest bez winy. Oczywiście, gdyby grzywnę uiścił w całości, nic by się nie wydarzyło. Nie mamy co do tego żadnych wątpliwości. I żeby była sprawa jasna – Marcin ma pełną tego świadomość. Ale, z drugiej strony, komu nie zdarzyło się zapomnieć o czymś, nawet tak istotnym, jak uiszczenie grzywny? Niech pierwszy rzuci kamieniem.
Po drugie, wiemy, że w tej sprawie urzędnicy tego państwa – sędzia i prokurator, popełnili szereg błędów. Nie bawiąc się w jakąś martyrologię i będąc od niej naprawdę mocno zdystansowanym, być może uprawnione jest pytanie, czy te błędy nie były popełnione świadomie. Marcin, w swej opowieści, wskazuje zwłaszcza na zawiedzioną minę policjanta w cywilu, który zabierał go z punktu zatrzymań. Podkreślał, że ów policjant był wyraźnie zaskoczony tym, że tak szybko udało się go wyciągnąć. Ale może to tylko takie jego wrażenie.
Także ze swoich własnych doświadczeń życiowych mam również świadomość tego, jak bardzo bezkarni są urzędnicy w polskim państwie. I to nie tylko od 6 lat. Od dawna. Urzędnik może ci zniszczyć firmę, może cię doprowadzić do bankructwa, może ci złamać życie, może cię też zamknąć w areszcie lub więzieniu na 25 lat. I jeśli jest to działanie świadome lub nawet tylko w wyniku niedopatrzenia, urzędnik jest w Polsce bezkarny. Za nic nie odpowiada.
Kilka myśli krąży mi po głowie: Jak to możliwe, że dla tak błahej sprawy, państwo polskie tak bardzo upokarza obywatela? Jak to możliwe, że sędzia wydający zarządzenie o zamianie kary grzywny na karę ograniczenia wolności – ograniczenia wolności (!), nie wydaje także zarządzenia o ustaleniu adresu zameldowania, który figuruje w rejestrze PESEL? Jak to możliwe, że prokurator wydający list gończy, nie umieszcza w nim kluczowej informacji, dzięki której sprawa zakończyłaby się już u Marcina w domu? Jak to się dzieje, że zabierający go z domu policjanci, nie potrafili wskazać powodu aresztowania, bo podobno nie było tego w aktach?
Wszystko bowiem wskazuje na to, że są w tej sprawie dwa najpoważniejsze zaniedbania:
1. Sędzia zmieniając karę, nie wydał zarządzenia o ustaleniu miejsca zameldowania obwinionego. Bowiem od momentu, kiedy została zamieniona kara, sprawa przestała dotyczyć firmy, a zaczęła dotyczyć konkretnej osoby. Drugim zarządzeniem powinien być więc nakaz dostarczenia pism z sądu przez dzielnicowego (po zmianie przepisów policja ma takie uprawnienia w najważniejszych sprawach). Nie może być tak, że o grożącemu obywatelowi ograniczeniu wolności, nic on nie wie i dowiaduje się o tym dopiero, gdy policja przyjeżdża zabrać go do aresztu. Zresztą, jak wynika z relacji, policjanci nie mieli żadnych problemów, aby ustalić miejsce pobytu Marcina. Od razu przyjechali do jego domu. Wiedzieli, gdzie mieszka.
2. Prokurator wydający list gończy nie umieścił w nim adnotacji, że sprawa dotyczy niezapłaconej grzywny i że po jej wpłaceniu sprawa z automatu kończy swój bieg. Gdyby ta adnotacja była w liście gończym umieszczona, wszystko wyjaśniłoby się już na samym początku, po prostu, Marcin poszedłby po laptop i wykonał przelew.
Tu pojawia się oczywiste pytanie – ile osób ma taką możliwość jak on, że może o dowolnej porze dnia i nocy skontaktować się z prawnikiem lub prawnikami, aby uruchomić natychmiast określone działania? Ile osób w podobnych sytuacjach nie ma takich możliwości i zdani są wyłącznie na łaskę i niełaskę tego państwa? Bardzo ułomnego jak widać. Marcin taką możliwość miał. A kontakt z prawnikami okazał się kluczową kwestią, to oni prowadzili wszystkie działania, informując jego żonę i jego firmę, co trzeba robić.
To wreszcie nieprawdopodobne wręcz możliwości jednego z prawników doprowadziły do tak szybkiego finału, gdyż brak owej adnotacji na liście gończym, powodował, że mimo uiszczenia zobowiązania i tak spędziłby co najmniej kilka dni w zakładzie karnym, bo sędzia, który musiał wydać zarządzenie o zwolnieniu, mógł być przecież na urlopie. Albo prokurator, który też taką decyzję wydać musiał. Tu naprawdę mogło się potoczyć różnie.
Jak opowiadał mi Marcin przy kolejnym już piwie, ta jedna noc spędzona w celi, dała mu wiele do myślenia o tym państwie. O sędziach i prokuratorach, którzy najcięższą karę, jaką jest zamknięcie kogoś w areszcie lub więzieniu, traktują jak coś oczywistego. A przecież dla kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z tym światem, sama świadomość pobytu w celi, choćby nawet godzinę, jest przeżyciem traumatycznym. Osobiście mam podobne wrażenie, że sędziowie i prokuratorzy zbyt łatwo sięgają po te najsurowsze środki. Do tego bez wykorzystania wszystkich innych możliwości.
I na koniec konkluzja inna. Jest od lat jakieś dziwne i niezrozumiałe społeczne przyzwolenie, aby zamykać ludzi naprawdę z błahych powodów. I coraz dotkliwiej karać obywateli. Zamykać, karać, karać, zamykać. Gustują w tym zwłaszcza wyborcy obecnej władzy, co jest o tyle niezrozumiałe, że politycy tej władzy są kompletnie bezkarni, mimo jawnych i oczywistych naruszeń prawa. Ale to temat na inne rozważania.
Marcin: „Leżąc na pryczy, wpatrzony w blade światło żarówki, myślałem o tym państwie właśnie. To nie jest Polska, o którą biłem się na ulicach mojego rodzinnego Poznania w stanie wojennym, mając 17-18 lat. Co się takiego stało, że w sumie niegłupi, dumny naród, dał sobie narzucić coś, z czym przez 50 lat komuny walczyły całe pokolenia?”
To nie jest też moja Polska. Z Marcinem na ulicach Poznania byłem w stanie wojennym nie raz. Mam też swoje doświadczenia z tamtych i obecnych lat.
Epilog.
Marcin udał się kilka dni temu do sądu przejrzeć akta sprawy. Nie ma w nich żadnych pism kierowanych do niego do domu, nie ma zarządzeń, o których mowa była wcześniej. Za to co najmniej w trzech miejscach figuruje adres jego zameldowania. Pisma o zmianie adresu do korespondencji w aktach nie ma. Widziałem na własne oczy fotokopie tych akt. Dowody zaniedbań wydają się więc oczywiste.
Marcin rozważa więc podjęcie kroków prawnych przeciwko państwu i wystąpienie o odszkodowanie za poniesione krzywdy moralne. Ostateczna decyzja ma zapaść na dniach. Osobiście jest zdecydowany, aby sprawy nie odpuszczać. Ale zdecydują jego prawnicy.
Rzecz w tym, że ewentualne odszkodowanie nie dotknie ani sędziego, ani prokuratora, ci pozostaną bezkarni i nadal będą traktować karę ograniczenia wolności jak coś bez znaczenia. Bez głębszej refleksji.
Takiego państwa się doczekaliśmy.
10 odpowiedzi
Wkurwienie i bezsilność. Nie odpuszczajcie, może za Waszym przykładem pójdą inni, to może być przyczynek do zmiany prawa o odpowiedzialności urzędniczej. Nie odpuszczajcie.
Ja też tak uważam. Proszę nie odpuszczać.
Tak wygląda państwo policyjne w praktyce.
Wolne Sądy!
Wolne Sądy!
A tak zupełnie poważnie. Podobną sytuację miałem u schyłku ubiegłego wieku w innym pięknym mieście – Wrocławiu.
Smuci, że nic się nie zmieniło i nadal obywatel w starciu z władzą nic nie może.
A „najlepszy” był komentarz komornika, który wtedy powiedział wprost – Ja proszę pana, listu z informacją, że długu nie ma, mogę nie odbierać przez miesiąc, albo dłużej, a pana w tym czasie windykować na różne sposoby.
Otóż to, niewiele się zmieniło. A powinno.
Pozdrawiam.
Przerażający obraz bezprawia pod pozorem egzekwowania prawa
Niestety w wielu dziedzinach występują podobne zdarzenia wynikające z coraz gorszej jakości usług świadczonych przez ludzi (to co robi sędzia, prokurator, komornik również nazywam usługami).
Złość człowieka ogarnia jak czyta takie rzeczy czy ogląda jak traktuje się tych ludzi na granicy.
Czasem jest to działanie wynikające z niechlujstwa, niedouczenia, a czasem robione świadomie z premedytacją.
Ja podam dwa błache, w porównaniu do powyższego, przykłady.
Raz nie mogłem przez 5 minut umówić wizyty rentgena kręgosłupa u dziecka bo pani upierała się, że nie ma takiej usługi. Dopiero jak przeczytałem jej, że już kiedyś miała robione RTG to mnie opieprzyła, że nie mówiłem tak od razu. W sensie RTG, zamiast rentgen.
Innym razem komornik, aby więcej zarobić wystosował pismo z żądaniem uzupełnienia danych, które były już w aktach i za tą dodatkową czynność sobie dodatkowo policzył ponad 200 zł. Wydaje się, że zrobił to tylko z chęci łatwego dochodu (list polecony kosztuje kilka złotych).
Taki świat sobie budujemy i sami będziemy prędzej czy później jego ofiarą. 🙁
To gdzie on byl? Na Marsie?Upomnienia przychodzą na maile. Ja mieszkalam w uk, teraz w innym kraju I wszystko zalatwiam mailowo. Rozumiem zeby to byl jakis stary dziadek, albo babcie co nie umie obslugiwac komputera. Za niezaplacone rachunki idzie się siedzieć. Trzeba być odpowiedzialny,a nie zakręconym.
Pani nie przeczytała dokładnie tego artykułu. Ponadto tu jest Polska, a nie UK, co tylko dowodzi w jakim stanie jest to państwo.
No cóż wydaje się, że nikomu nie zależy na zmianie tego typu praktyk ze strony sądów, prokuratur i innych instytucji. Przerobiliśmy różne układy polityczne, które rządziły państwem a te sprawy nadal leżą i kwiczą. Słynny art. 212 kk miał być zlikwidowany przez PiS ale szybko finkcjonariusze PiS-u jak doszli do władzy zaczęli pozywać innych z tego artykułu.
Niestety to wciąż chore państwo i najgorsze jest to, że takie sytuacje jak opisane powyżej mogą dotknąć wielu z nas.