Małe firmy umierają w ciszy.

Małe firmy umierają w ciszy, często w samotności. Często na całe życie. Niewielu wie, co przeżywają ci, którzy je założyli i po ciężkiej walce o przetrwanie, stracili – często dorobek całego życia. Bo chcieli coś zrobić. Dla siebie, dla innych też. Dołożyć się do wspólnego dobrobytu. Do własnego także, ale co w tym złego? Uwierzyli w sens tworzenia. Uwierzyli w państwo, że da im swobodnie działać. Uwierzyli w odpowiedzialność urzędników. Uwierzyli w partnerów biznesowych, którzy często okazują się kimś innym, niż się wydawało. Uwierzyli w siebie, w swoje umiejętności i we własne siły.  

Małe firmy umierają w ciszy, bo uwierzyły, że urzędnik nie może być bezkarny. Umierają w ciszy, bo uwierzyły w zasady, które stworzyło państwo…  

*** 

Moja samotność jest zazwyczaj dobra. Wtedy, kiedy mam coś do przemyślenia, kiedy mam do poukładania myśli, równo i w szeregu. Wtedy szukam miejsca, gdzie mogę pobyć sam. W samotności. Ale jest też samotność, która nie jest dobra. Taka samotność przeraża – to samotność, która podszyta jest strachem, czuję ją wewnątrz. Ona (bardziej on) wypełnia trzewia, produkując nadmiar kwasu wypełnia żołądek, a chemia dopełnia reszty – ból dotyka okolic żeber, przeszywa raz z jednej strony, raz z drugiej. Czuję wtedy bijące szybciej serce. I te myśli, tłukące się po głowie. Myśli złożone z „tu i teraz” i z „tam i wtedy”. Wspomnienia. Kiedy budowałem i kiedy mi zabierali moją sporą część życia. I pozostaje żal. Żal, żółć, życie, żadne. Ostatnia litera alfabetu. 

Tu i teraz jest przeciwieństwem tam i wtedy. Tu i teraz jest strachem i samotnością. Tyle mi zostało. Kiedy dziś właśnie tracę ostatnią ostoję – to, co mnie jeszcze trzymało. Przy nadziei. Przy nadziei… Ta rozmowa, telefon w ręku, przy uchu. I te słowa: nie możemy już dłużej ci pomagać. A oni byli dla mnie właśnie tym, co pozwalało mi stać w miarę prosto. Moi prawnicy, z którymi byłem 10 lat. Tak właśnie wygląda samotność. Leżę na łóżku, ręka pod głową, patrzę gdzieś przed siebie.  

– Spałeś coś? – słyszę jej głos. 

– Nie – szepczę. – Może trochę. 

Patrzę na nią. Ona ma oczy szeroko otwarte. Widzę w nich zatroskanie. Prawdziwe? Szczere? Nie wiem. 

– Masz cień na powiekach – mówię ni stąd, ni zowąd. Mój palec błądzi między jej brwiami i rzęsami. Jedne i drugie są czarne jak smoła. 

– Zmizerniałeś – odpowiada po namyśle, przechylając lekko głowę. Zalotnie? Nie wiem. 

Chwilę patrzę na nią. Widzę, jak przymyka powieki. 

– Muszę coś ci powiedzieć – jej twarz oddala się natychmiast. – Ale obiecaj mi, że się nie pogniewasz. 

Jej twarz oddala się jeszcze. 

– Co? Chodzi o nas? – chyba się boi. Nie wiem. 

– Chcę zostać sam. Teraz. 

Ona siada obok. Siedzi tak bez słowa dłuższy czas. Czuję, jak jej oddech przyspiesza, potem się uspokaja. 

– Dobrze. 

Mówi tylko tyle. Wstaje, ubiera się i wychodzi. W drzwiach chwilę patrzy jeszcze na mnie. I rzuca w moją stronę: 

– Uważaj na siebie. 

Potem widzę już tylko zamknięte drzwi. Po co mam uważać na siebie, skoro znowu jestem sam? 

Wstaję. Podchodzę do komody, gdzie mam barek. Sięgam po butelkę Grant`s 12 YO i idę po szklankę. Płyn wypełnia szkło do połowy. Wrzucam dwie kostki lodu, chwilę mieszam, patrząc na obracające się coraz mniejsze bezbarwne bryłki, do czasu kiedy znikają bezpowrotnie w nicości szklanki. Wypijam. Ciepło na chwilę koi kłucie w podbrzuszu. Ale ból zaraz wraca. Pierdolić go, i tak nic na niego nie poradzę przecież. Siadam w fotelu i patrzę na stojący przede mną drugi fotel. 

– Co z nami będzie? – mówi znów ona. 

– Nie wiem, kochanie – wydymam lekko wargi. 

– Nie mów tak. Zawsze mówiłeś, że będzie dobrze – ona zmienia pozycję. Podkurcza nogi pod brodę. Wpatruje się we mnie smutnymi oczami. 

– Nie jestem jasnowidzem, kochanie – odpowiadam spokojnie. – A ty chcesz, żebym przepowiedział przyszłość. Nie potrafię. 

Opróżniam szklankę. 

– Nie pij tyle – słyszę. 

– Bo? – pytam, choć znam odpowiedź. 

– Bo wiesz, że nie możesz. 

Uśmiecham się bezgłośnie. Każda kobieta mówi to swemu facetowi.  Po co? Przecież one wiedzą, że to nic nie da. Który facet myśli o swoim zdrowiu? Facet ma być silny, ma się nie poddawać, ma znać przyszłość i odpowiedzi na każde pytanie. Nawet jak jest samotny. Tylko czy samotny facet jest jeszcze mężczyzną w jej oczach? Teraz jest mi to całkowicie obojętne. Whisky dociera powoli do głowy. 

– Wiem – odpowiadam tylko. 

Ona wyraźnie smutnieje. Wiem, że jej strach jest jeszcze większy niż mój. Choć właściwie, dlaczego? Jestem pewny, że jest odwrotnie. 

– Muszę coś ci powiedzieć. Tylko się nie gniewaj na mnie – mówię powoli, ale cicho. 

Podnosi natychmiast głowę, a w jej oczach widzę jeszcze większy strach. 

– Wiedziałam – mówi, choć boi się tych słów. 

– Chcę zostać sam, kochanie. Teraz – patrzę w jej oczy, brązowe jak ciemny mahoń. 

– Rozumiem – mówi tylko tyle. 

Wstaje z fotela, podchodzi do mnie, nachyla się i całuje w usta. Wargi ma ciepłe. Potem odwraca się i wychodzi. Widzę jej zgrabną sylwetkę i kołyszące się lekko biodra, gdy idzie ku wyjściu. W drzwiach odwraca się na chwilę i bez słowa znika, zamykając je cicho.  

Pokój prosto umeblowany, meble w kolorze ciemnego brązu odbijają się od jasnych, pastelowych ścian. Fotele i niska ława tworzą wypoczynkowy fragment salonu, z dużym, ledowym telewizorem wiszącym naprzeciwko, dopełniają reszty. Na HBO pokazują jakiś film, z zestawu hi-fi sączy się nastrojowa muzyka w romantycznej scenie. Tyle mi zostało z tam i wtedy. Duży, płaski złodziej czasu w technologii HD. I zestaw hi-fi, w czasach tam i wtedy często słuchałem swoich ulubionych koncertów z płyt DVD. Tu i teraz nie mam na to ochoty. Jest tylko galopada myśli. I kula z ołowiu w jelitach. 

Szklanka w dłoni znów na wpół pełna. Do połowy pełna czy do połowy pusta? Tam i wtedy zawsze była do połowy pełna, tu i teraz zawsze jest do połowy pusta. Przełykam kolejną porcję rozgrzewającego trunku. Spływa szybko do żołądka, a stamtąd mackami nerwo-drutów do mózgu. Jest dobrze. Chociaż przez chwilę. „Co robić?” – myślę. „Kurwa, co mam robić?” Wtedy doznaję olśnienia – po co robić cokolwiek? Jakie ma znaczenie to, że próbuję znowu się podnieść, wstać z kolan? Tu i teraz cała Polska wstaje z kolan, to ja też. Tyle tylko, że to moje wstawanie jest tak samo złudne, jak to Polski wstawanie. „Nic, tylko pierdolenie” – konstatuję o sobie. O Polsce przy okazji też. Przymykam oczy i połykam kolejną porcję whisky. I dokładnie w tej chwili dopada mnie druga, nie mniej odkrywcza myśl, co wcześniej, że jak się spiję, to przynajmniej do rana uwolnię się od ciężkich myśli. I w dupie będę miał komornika, gdy do mnie przyjdzie. Bo w końcu przyjdzie. Kolejna szklanka whisky robi swoje. Postaci w płaskim złodzieju czasu robią się coraz bardziej obłe, bez wyrazu i znaczenia.  

Ona jest młodziutka. Ma piękne, okrąglutkie piersi, podkreślone obcisłym swetrem. Długie, lekko kręcone włosy koloru dojrzałego kasztana opadają na jej ramiona i lewą pierś. Poniżej bordowego sweterka widzę krótką, kloszową spódniczkę, a jeszcze niżej długie, piękne nogi, zakończone butami na niskim obcasie. Patrzy na mnie i uśmiecha się ciekawie. Co znaczy – ciekawie? Ciekawie, znaczy interesująco. Dla mnie interesująco. I dla niej też. 

Patrzę tak na nią dłuższą chwilę i nie chcę przestać. Chcę co innego. Chcę ją taką zapamiętać. Więc koduję w pamięci wszystko, co widzę. Potem całuję ją w usta. Smakuję je i też zapisuję ten smak w głowie, tym bardziej że jest lekko wilgotny i lekko rozchylony. „Jak smak może być lekko wilgotny i rozchylony?” – myślę. Po chwili stwierdzam, że może. Bo taki jest. Smak ust robi się coraz bardziej wilgotny i rozchylony z każdym kolejnym pocałunkiem. W końcu zanurzam się w tej przestrzeni i łapczywie szukam języka językiem. Język ma lekko szorstki i elastyczny. Ta giętkość podoba m się najbardziej. Czuję, jak odpływa. Ona, nie ja. Ja cały czas kontroluję wszystko, co robię. No, może momentami też odpływam. Bądźmy uczciwi. 

Mija dłuższa chwila i przestaję. Ona otwiera oczy, a ja widzę w nich „to”. „To” jest chętne i otwarte. Czekałem na to i do tego dążyłem przecież. Delikatnie zdejmuję jej obcisły sweterek, który pod koniec zahacza o jej kasztanowe włosy i unosi je. Potem opadają swobodnie i powoli na swoje miejsce, gdy sweterek opada na podłogę. Na wykładzinę dokładnie. Nieważne. Dla mnie. Dla sweterka na pewno ważne, gdzie opada. Lepiej na miękką wykładzinę niż na pustą podłogę. Wiadomo. Patrzę na jej piersi w przepięknym staniku God Save Queens. Jej piersi falują pod koronką. Zdejmuję spódniczkę, uwalniając ją od tej niepotrzebnej w tej chwili rzeczy. Spódniczka opada na podłogę. Dokładniej – na wykładzinę. Stringi, też God Save Queens, mają z przodu delikatny jedwabny tiul, przez który widać idealnie równo przycięty paseczek ciemnych włosów. Ona nie chce być jedyną nagą w tym towarzystwie, więc pozbawia mnie T-shirtu z napisem „Tfoje oszy som hipnotajzyn” i rzuca go przed siebie. Ląduje gdzieś za mną. Potem ściąga ze mnie granatowe dżinsy. Ona patrzy na mnie, a ja widzę w jej oczach jeszcze większe „to”. Stanik GSQ odpina się lekko i bez problemów. Wreszcie ukazują mi się jej piersi, całe i niczym niezakryte. Nie są bardzo duże, ale okazale się prezentują, ozdobione guziczkami sutków. Stringi też nie są już jej potrzebne – znajdują więc swoje miejsce tam gdzie sweterek, spódniczka i stanik. I moja bielizna. 

Biorę ją za dłoń i prowadzę do stojącej niedaleko małej, czarnej sofy. Opieram ją pośladkami o oparcie mebla i zbliżam swoje ciało do jej ciała. Czuję jej ciepło. Piersi unoszą się i opadają miarowo, z każdą chwilą szybciej. Znów ją całuję.  Moje dłonie w tym samym czasie wędrują z jej policzków, wzdłuż ramion, do bioder.  Tutaj się rozdzielają. Jedna dłoń znajduje kres swej wędrówki na plecach, druga trafia między lekko rozwarte uda. Jest tu równie ciepło jak w jej ustach. Znów przestaję całować. Powoli i ostrożnie przechylam ją do tyłu, aż jej głowa i ramiona dotykają siedziska sofy. Pośladki zostają na jej oparciu. Biodra są znacznie wyżej niż głowa, co powoduje, że krew napływa jej do mózgu, potęgując doznania. Chwytam za uda i rozchylam je jeszcze bardziej. Podtrzymując jej biodra, wchodzę w kobiecość, z początku wolno i delikatnie, potem z każdym ruchem mocniej i głębiej. Lewą ręką przytrzymuję jej pośladki, żeby nie zsunęła się z oparcia sofy, podczas gdy prawa dłoń dociera do łona i kulistymi ruchami uzupełnia pchnięcia mojej męskości. Patrzę, jak pieści sobie piersi i widzę, jak stymuluje ją to jeszcze bardziej. Robimy to tak kilka minut, aż w końcu ona wybucha pierwsza. Ja zaraz po niej. Po chwili słyszę jej uspokajający się oddech. Wychodzę z niej powoli i po chwili unoszę ku sobie. Ona wtula się w mój tors. Twarz chowam w jej kasztanowych włosach. Czuję zapach irysów. To też koduję w pamięci. 

 „Jest dobrze” – myślę. Znowu jestem sam. Ona odpłynęła gdzieś w niebyt mojej pijanej już świadomości. Może zmienię whisky na zwykłą wódę? W sumie, dlaczego nie? Ołowiana kula w żołądku znika do rana. Jutro znów wróci. Ale to będzie jutro. Tu i teraz chłonę samotność. I strach. Moja nieodłączna para dobrych-złych znajomych. Są już ze sobą za pan brat, tyle czasu razem. Tam i wtedy próbuję ratować to, co budowałem. Wtedy wydaje mi się, że robię to najlepiej, jak umiem. Jestem dumny z tego, co zbudowałem i jest to dla mnie cały mój świat. Opieram swój plan na kimś, o kim myślałem, że jest przyjacielem. W kulminacyjnym momencie rozumiem, że popełniam błąd. Nie ma przyjaciół wśród obcych. Zostają najbliżsi, z którymi byłem tyle lat. Im też popsułem życie. Tu i teraz wiem, że mogłem zrobić to inaczej. Gdybym mógł cofnąć czas. Oddałbym dużo, żeby tylko móc cofnąć czas. To mnie dręczy najbardziej. I niemoc tu i teraz. I czekanie. Upadasz szybko jak kostki domina, wstajesz nieskończenie długo. Wszechogarniająca świadomość braku czasu jest jak krecha koki. Nie ma czasu. Dlatego jest samotność. I strach. 

Ona siedzi obok, znów ma podkurczone nogi pod brodą. Głowę opiera na kolanach. I patrzy na mnie swymi oczami koloru mahoniowego. Kiedyś te oczy śmiały się do mnie, dzisiaj są smutne i pełne strachu. 

– Nie pij tyle – mówi. 

– To tylko jedna szklaneczka, kochanie – odpowiadam. 

– Trzecia – napomina ona. 

– Idź spać. Zmęczona jesteś. Jutro sobota, wyśpisz się – zmieniam temat. 

– Nie mogę spać – głowę przechyla na drugą stronę. – Bez ciebie nie mogę. Zostawiasz mnie samą w naszym łóżku. Właściwie – nie naszym. Nic już nie jest nasze – kończy, jakby mówiła do siebie. 

– Przyjdę. Idź już, proszę – patrzę na nią. 

– Nie chcesz mnie już. Do niczego nie jestem ci już potrzebna. Dałam ci wszystko, co mogłam dać. Więcej już nie mam – prostuje się i nogi opuszcza na podłogę z ciemnych desek. 

– Ja też dałem wszystko, co miałem. I miałem dobre intencje, kochanie – odpowiadam, patrząc teraz przed siebie. 

W telewizorze widzę wielką twarz. Whisky i wóda zamazały ją tak dalece, że nie wiem, czy to kobieta, czy facet. Jakie ma to znaczenie tu i teraz? 

– Przyjdę – dopowiadam powoli. 

Wstaje i lekko pochylona idzie do sypialni. Naszej sypialni. Właściwie nie naszej. Można uznać, że nic nie jest już nasze. Duży, stary zegar, stojący w rogu salonu pokazuje 2 w nocy. Ręka z pustą szklanką bezwładnie zwisa mi wzdłuż fotela, prawie dotykając podłogi. W telewizorze pada właśnie trup – dostał kulą prosto w potylicę. Krew efektownie rozbryzguje się wokół. Znów prześpię na fotelu pół nocy. Już wiem, że nie pójdę do sypialni. Nie jest to nasza sypialnia, więc lepiej zostać w fotelu. Chociaż fotel też nie jest mój. Mój jest tylko strach i samotność. Tego nikt mi nie odbierze.  

*** 

Jest to fragment nieopublikowanej jeszcze powieści „Spowiedź libertyna” autorstwa Jorge Lewina. 

http://spowiedzlibertyna.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *