Zamknięty od lat w bańce, Jarosław K., oszalał. Nie mam zwyczaju zaglądać ludziom w kieszeń, ale tym razem ta kieszeń jest nasza. Jarosław K. całe swoje zawodowe życie żyje z naszych. I dzisiaj ta jego zamknięta bańka kosztuje nas jakieś ćwierć bańki rocznie (wliczając pensję wicepremiera, dodatki, dietę posła i emeryturę). Dla niewtajemniczonych, ćwierć bańki, to ćwierć miliona złotych. W dodatku to czysty dochód (w tym przypadku czysty zysk), bo Jarosław K. w zasadzie wszystko dostaje od państwa. Ochronę, limuzynę, jedzenie i picie, środki czystości zapewne też. Nie mam wiedzy co do karmy dla kota. A nie chciałbym spekulować.
Bańka wariata.
Tak więc wynagradzany z pieniędzy podatników (dodajmy o różnych poglądach na świat) Jarosław K. tak sobie żyje w tej owej zamkniętej bańce, układając życie blisko 40-milionom obywateli, z czego tylko jakieś 20% z nich jawnie (bo przy urnie wyborczej) opowiada się za tym, aby im to życie układał, jako ojciec narodu i jego emerytowany zbawca. Pozostali Jarosława K. traktują z buta, a część z nich po prostu ambiwalentnie. No i teraz okazało się, że tenże oszalał. W samym środku pandemii, w czasie, kiedy setki firm upada, chorują i umierają ludzie, bo rząd Jarosława K. nie ma od początku tej pandemii żadnej jednorodnej strategii, kiedy na obywateli nakłada się kolejne obostrzenia, a pracująca część społeczeństwa nie ma pewności, czy będzie mieć pracę, Jarosław K. urządza temu zmęczonemu narodowi ideologiczną i religijną wojnę. Tak może czynić tylko wariat.
Jeszcze tydzień temu sądziłem, że prezes ma w tym jakąś długofalową wizję, bo wiadomo przecież, że to Kasparow naszych czasów i przewiduje osiemnaście ruchów przeciwnika w przód, ale po jego ostatnich działaniach (odezwie do pisowskiego ludu oraz wystąpieniu bez trybu w Sejmie), stwierdzam, że to nie jest żadna strategia, tylko oszalały taniec na grobach zmarłych w pandemii, przyszłych grobach zdeformowanych płodów, traumach kobiet, zmuszanych do ich rodzenia i śmierci badań prenatalnych w Polsce. Za wszystko, co nam PiS zafundował przez 5 lat, winę ponosi jeden, główny aktor tej żałosnej sztuki, prezes Jarosław K.
Państwo dobrobytu według PiS.
W dodatku państwo PiS się na naszych oczach kończy – dowodów na to jest kilka, a najświeższy to cofnięcie wczoraj w Sejmie dodatków dla lekarzy, czym przecież PiS się niedawno chwalił, że je lekarzom da.
Ale jeśli ktokolwiek sądzi, że obóz Zjednoczonej Prawicy odda władzę bez problemów i już teraz, ten jest doprawdy niepoprawnym optymistą. Ten obóz władzy ma za pazurami tyle brudu i na sumieniu tyle świństw, że trwać tu będzie jeszcze długo i mocno. Osobiście nie mam co do tego żadnych złudzeń. Rozpalonym od emocji głowom, głównie młodych ludzi, to piszę. Tej władzy nie usuną dzisiejsze protesty.
Co nie znaczy, że trzeba odpuścić. Nic podobnego. Trzeba trwać, wychodzić na ulice i życzyć sobie, aby one się nie wypaliły. Bo one mają jedną istotną cechę, której boi się cały obóz rządzący z Jarosławem K. na czele. Te protesty komplikują PiS-owi życie i stanowią, a przynajmniej stanowić powinny, swoistą kartę przetargową w czymś, co nazwałbym początkiem drogi ku normalnej Polsce. A więc „no pasaran!”
Ale co dalej?
No dobrze, ale co dalej? Na razie jest fajnie. Młodzież wyszła na ulice (gdzie była rok temu i w tym roku latem?), wkurwione kobiety wyrzucają z siebie mocne hasła, co bardziej rozpalone głowy chcą niszczyć kościoły i obalać rząd siłą. Fakt, coś w ludziach pękło. Ale nie mam wrażenia, aby to było pęknięcie jednorodne. Wśród protestujących kobiet (i mężczyzn) mniej więcej 41% ogółu społeczeństwa jest za całkowitą liberalizacją aborcji, a 44% za pozostawieniem dotychczasowego kompromisu bez zmian. Tak więc wśród protestujących akcenty rozkładają się mniej więcej po połowie, z przewagą jednak tych, którzy chcą zachowania status quo.
Rozpalonym dzisiaj głowom chciałbym ten istotny fakt przypomnieć. Rozumiem wkurw Marty Lempart i jej Strajku Kobiet, ale jednocześnie mam z tyłu głowy tę właśnie prawdę, że polskie społeczeństwo nie jest aż tak bardzo liberalne w tej sprawie, jak by chcieli wszyscy ci, którym rozpalenie przysłania racjonalne myślenie. Jeśli dodamy przeciwników aborcji do tych, którzy nie chcą zmian, to liberalny pogląd w kwestii aborcji jest w Polsce cały czas mniejszością. I to znaczną.
Jasne, rozumiem, że obecny wkurw jest wkurwem na wszystko, ale to wcale nie jest dobra wiadomość, bo wkurw na wszystko jest jednocześnie wkurwem na nic, nie da się bowiem ciągnąć w nieskończoność protestów przeciwko wszystkiemu. Potrzebny jest jakiś plan. Plan realny, możliwy do zrealizowania teraz i tym planem na pewno nie są postulaty Strajku Kobiet, które sprowadzają się do jednego: wszyscy wypierdalać!
Powtórki z Magdalenki być nie może.
Moim zdaniem jesteśmy w tej chwili gdzieś tak w 88 roku ubiegłego wieku. Sprzeciw narasta, ale jednocześnie cały anty-PiS nie jest na tyle mocny, aby był zdolny pokonać obóz Zjednoczonej Prawicy. Z kolei obóz władzy się wypala, co widać wyraźnie. Pamiętam dobrze tamten czas i skojarzenia mam naprawdę silne. Innymi słowy, być może nie ma innej drogi dla Polek i Polaków, jak drugi Okrągły Stół. Ale bez tajnych protokołów, jawny, otwarty dla wszystkich liczących się sił politycznych, tych w Sejmie i tych poza nim. Jawny, bo czyniony w świetle kamer, aby unikać porównań do Magdalenki.
Oczywiście z taką propozycją wyjść musi obóz władzy, to on ponosi całą odpowiedzialność i to on musi wziąć to na klatę, cały zaś anty-PiS powinien być gotowy do takich rozmów. Oczywiście, porozumień można szukać w różnych rozwiązaniach, ale pamiętać trzeba, że kompromis to częściowa rezygnacja ze swoich pozycji każdej ze stron. A poprzeczka ustawiona jest dziś wysoko. PiS nie odpuści „Trybunału Konstytucyjnego” i odkrycia towarzyskiego Jarosława K., a więc też „wyroku” w sprawie aborcji, a rozpalone głowy nie odpuszczą hasła „wypierdalać”. Jeśli Polska ma nie spłonąć w ogniu wojny domowej, konieczny jest jakiś złoty środek.
Być może tym pierwszym krokiem ku normalnej Polsce powinno być referendum w sprawie aborcji. Oczywiście organizowane nie przez PiS, tylko przez PKW, a pytanie powinno być efektem porozumienia sił, o których wspomniałem wcześniej. Rozpalonym powiem tak: od czegoś trzeba zacząć. Oczywiście propozycję referendum musi wysunąć władza. Wynik referendum mógłby zakończyć też spór o legalność „wyroku” „TK”. My wiemy, że jest on bezprawny, non existens, ale oni myślą co innego.
Dziś to już zupełnie inna Polska.
Alternatywą jest dalsza eskalacja sporu, być może wojna domowa jak w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Co gorsza to wojna religijna, a ta nigdy nic dobrego nie przyniosła żadnemu narodowi.
I jest jeszcze jedno, w 88/89 roku Polacy nie mieli wiele do stracenia. Polska gospodarka w zasadzie nie istniała, a w dodatku była niczyja (państwowa, czyli bez określonej własności). Dzisiaj mamy za sobą 30 lat wolnorynkowych reform. Polska gospodarka siłą prywatnej własności stoi, a to są konkretne majątki, konkretnych ludzi, rodzin, często wypracowane ciężką pracą i wyrzeczeniami. To diametralnie inny poziom ewentualnych strat. Piszę to także jako przedsiębiorca, który oprócz przekonań własnych ma z tyłu głowy racjonalne myślenie o sprawach tak przyziemnych jak choćby dobro firmy, z której żyje cała rodzina. Rozpalonym głowom także i to daję pod rozwagę. Łatwo się krzyczy o rewolucji, gdy niewiele ma się do stracenia. W 88/89 ryzyko strat było nieporównywalnie mniejsze i byliśmy, jako naród, w zupełnie innym miejscu.
Może myślę jak zgred, już mi to parę osób na Twitterze powiedziało, ale mam wrażenie, że czasem dobrze zgredem być, a tym, którzy zarzucą mi zdradę ideałów, propisowość i Piątą Kolumnę, odpowiem na koniec tak: każde działanie musi być wsparte planem. Realnym. Znaczy możliwym do wykonania. Tym planem muszą być protesty, jako element wywierania presji, ale też gotowość do rozmów.
I to tylko chciałem powiedzieć.