O relatywizmie współczesnego świata, czyli czym (nie) powinna być polityka

Tekst ten dedykuję niedawno zmarłym moim serdecznym znajomym, którzy chcieli, aby polityka była inna – Krzyśkowi Kowczurowi i Dance Stępkowskiej.

Przyszło nam żyć w świecie mocno zrelatywizowanym. Po upadku komuny i zburzeniu żelaznej kurtyny Fukujama napisał swój głośny esej o końcu historii. To był czas, w którym wydawało się, że ludzkość jest w stanie pogodzić różne punkty widzenia w imię lepszego jutra.

To był czas, kiedy wolny świat zachodu zaproponował Rosji dołączenie do niego. Reset z Rosją, który dzisiaj wykorzystywany jest do bezpardonowej walki politycznej i ciągłego urabiania mózgów, był wtedy popierany przez wszystkie strony politycznego sporu, oczywiście, z różnym entuzjazmem, ale generalnie wszyscy uznali, że warto Rosji tę pomocną dłoń podać, aby stała się bardziej demokratyczna. Nota bene tamten reset ma się nijak do dzisiejszego resetu w wykonaniu Trumpa. I oczywiście ci, którzy najgłośniej krzyczą o tamtym resecie, w dzisiejszym nie widzą niczego złego. To właśnie jest relatywizm.

Żyjemy w świecie, w którym służby demokratycznego państwa mogą z zimną krwią zastrzelić bezbronnych demonstrantów i nie spotyka się to z powszechnym oburzeniem. Sporo ludzi broni takich działań, próbując relatywizować tę sprawę w imię obrony czegoś, czego obronić się nie da. Ci sami ludzie, którzy dzisiaj mówią i piszą, że służby mają prawo tak drastycznie obchodzić się z demonstrantami, przy każdej okazji z namaszczeniem i należną czcią mówią i piszą o protestach w czasach komuny. Bez żadnej refleksji wspominają ofiary, do których strzelała ówczesna władza. Gdy im to wypomnisz, mówią, że tamci nie byli demokratycznie wybrani. To prawda, ale jeśli demokratycznie wybrani stosują te same mechanizmy to znaczy, że coś złego się z tym światem stało. To właśnie jest relatywizm.

Bulwersuje nas sprawa Epsteina. I słusznie. Większość jest tym zbulwersowana. Bulwersuje nas też sprawa grooming gangs w Wielkiej Brytanii. I słusznie. Ale jednocześnie znaczna część tych, których te sprawy bulwersują, „zapomina” o największej zbrodni nowoczesnego świata zachodu – pedofilii w Kościele katolickim. Bo jak przecież powszechnie wiadomo, najwięcej pedofilów jest wśród mechaników samochodowych, jak swego czasu próbował udowodnić pewien minister sprawiedliwości, który dzisiaj chowa się pod spódnicą Orbana (oby już niedługo). To właśnie jest relatywizm.

Żyjemy w świecie, w którym dziennikarz stosuje wobec osób, o których chce napisać artykuł, niedopuszczalne w cywilizowanym świecie metody – stalking, groźby, pomówienia. Robi to dziennikarz, o którym powszechnie wiadomo w świecie dziennikarskim, że takie metody stosuje, a mimo to regularnie nominowany jest do nagród i wyróżnień tej branży. A jego były już redaktor naczelny publicznie nazywa go najlepszym dziennikarzem śledczym w Polsce. To też jest relatywizm. Mam na swojej skrzynce maile od tego dziennikarza.

Żyjemy w świecie, w którym ustanowiony przez prawo państwowy urząd nie jest w stanie stwierdzić, jaki jest wynik głosowania w wyborach, ale jednocześnie jest w stanie stwierdzić, że wybór ten się dokonał. Żyjemy w świecie, w którym marszałek Sejmu zwołuje Zgromadzenie Narodowe, aby przyjąć przysięgę od osoby, o której nie wiadomo, czy w ogóle te wybory wygrała i mimo że nie ma w obiegu prawnym orzeczenia o ważności tego wyboru wydanego przez Sąd Najwyższy, czego wymaga Ustawa Zasadnicza w artykule 128. I większość udaje, że nic się nie stało, także ci politycy, którzy chodzili na protesty w koszulkach z napisem „Konstytucja”, a tenże polityk, zanim został marszałkiem, płakał, gdy Zjednoczona Prawica traktowała tę Ustawę jak papier toaletowy. To również jest relatywizm.

Żyjemy w świecie, w którym osoba pełniąca obowiązki głowy państwa bez żadnej żenady promuje ciuchy z logo, które zastrzegła jego siostra, a szefem firmy, która te ciuchy sprzedaje, jest jego były współpracownik. Żyjemy w świecie, w którym na osobie tej ciążą poważne zastrzeżenia, które powinny eliminować ją z uczestnictwa w jakichkolwiek wyborach, a mimo to, dzięki pozbawionej krytycyzmu części wyborców osoba ta „wygrywa” wybory. I nikt zarówno z otoczenia tej osoby, jak też z jego wyborców, nie uważa tych spraw za co najmniej bulwersujące. To też jest relatywizm.

Żyjemy w świecie, w którym do nielegalnej Krajowej Rady Sądownictwa przychodzą politycy, którzy przez lata krzyczeli o jej nielegalności. Dzisiaj nie widzą problemu w tym, że w tej Radzie zasiadają i że pobierają za to wynagrodzenia. Nie przeczytałem nigdzie, ani nie usłyszałem, aby uważali to za jakiś niesmak. To także jest relatywizm.

Żyjemy w świecie głęboko zrelatywizowanym. Władza, która mówi o sobie, że jest liberalna, tworzy prawo dające urzędnikom moc niszczenia firm. Z kolei władza mieniąca się ideałami konserwatyzmu, tworzy prawo, które nakazuje ludziom, jak żyć, tyle tylko, że sami się do tych praw nie stosują. Żyjemy w świecie, w którym na potrzeby polityki Kościół katolicki udziela ważnemu dla politycznej układanki politykowi drugiego ślubu kościelnego, czego zwykły śmiertelnik doświadczyć nie może. W tym głęboko zrelatywizowanym świecie ksiądz – biznesmen buduje imperium za pieniądze wszystkich podatników dzięki układom z politykami „prawicy”, a na organizowanych przez siebie spędach o księżach pedofilach mówi, że zgrzeszyli, bo któż nie ma pokus. I spotyka się to z aplauzem zgromadzonych. To jest relatywizm z gatunku tych najbardziej obmierzłych.

Żyjemy w świecie, w którym tuż za naszą miedzą od czterech lat trwa krwawa wojna, w której agresor nazywany jest ofiarą, a obecna administracja największego mocarstwa świata rozkłada przed nim czerwony dywan i przyjmuje go z honorami. Na takie honory liczyć nie może prezydent zaatakowanego państwa. W tym świecie prezydent wspomnianego mocarstwa politykę traktuje jak biznes, który ma mu przynieść maksymalne korzyści. Jemu, niekoniecznie państwu. W tym samym czasie pewne medium pokazuje reportaż o podróży po Rosji, w którym kraj ten jest pokazywany w cukierkowej formie, a twórca tego medium i jego właściciel na krytykę reaguje wyłącznie obrażając krytyków. Jego obcesowe zachowanie spotyka się z aprobatą bez żadnej głębszej refleksji ze strony aprobujących.

Wszystko to dzieje się po tym, jak w 1994 roku Rosja, USA, Wielka Brytania (Francja i Chiny w odrębnych dokumentach) zagwarantowały Ukrainie w memorandum budapeszteńskim bezpieczeństwo i nienaruszalność granic w zamian za pozbycie się przez nią broni atomowej – spuścizny po Związku Radzieckim. Zwłaszcza USA ma w tej sprawie do odegrania rolę najważniejszą. Jednak obecna administracja Trumpa i zakochana w nim prawica nie tylko amerykańska o tym memorandum zapomnieli. To też jest relatywizm, w dodatku z tych najbardziej podłych.

Żyjemy w świecie, w którym obóz Zjednoczonej Prawicy okradał w majestacie prawa, które sam tworzył, państwo przez osiem lat. Bez żadnej żenady, bez żadnych ograniczeń. Przez osiem długich lat robili prostackie wałki, nie jakieś tam zmyślne oscylatory, tylko zwykłe prostackie wały, okradając Polki i Polaków. Złodziejstwo to przykrywali polskim godłem, biało-czerwoną, husarią w galopie i hasłami, że wszystko, co robili, robili dla Polski. Ich wyborcy do dzisiaj nie czują niesmaku i dają się ponieść bajaniu o politycznej zemście.

Dają się ponieść nie tylko tym opowieściom. Najnowszym spinem prawicy jest spin o wsparciu niemieckiej gospodarki programem SAFE. Latami opowiadali o konieczności budowania silnej armii (to opowieść na inny felieton), dziś krzyczą, że wsparcie Polski 180. miliardami złotych to samo zło. Liczba kłamstw i manipulacji, jakie przy tej okazji padają z ust polityków PiS i Konfederacji, przekracza już nie tylko próg elementarnej przyzwoitości, ale nawet elementarnej logiki. Podobnie jest zresztą z przystąpieniem Polski do Rady Pokoju Trumpa, w której zasiada już Łukaszenka, a ma tam być też Putin. Można być naprawdę skonfundowanym, słuchając, kiedy prezes raz mówi, że Polska jest w ruinie, a raz mówi, że jest bogata i stać ją na wpłatę wpisowego w kwocie miliarda dolarów. Podobnie jest z ich antyrosyjskością – dziś twierdzą, że w sumie, dla dobra Ojczyzny, zasiąść obok Putina i Łukaszenki można. To też jest relatywizm, choć dodałbym tu jeszcze element zwykłej głupoty.

Polityka zawsze była brudna, cyniczna i pełna fałszu. Trochę się na nią napatrzyłem z bliska. Nie, nie mam na myśli ostatnich dziesięciu lat, raczej lata 2003-2010, choć i o ostatnich dziesięciu latach też mógłbym wiele napisać. Na przykład o tym, jak szybko politycy zapominają o tym, co w życiu jest najważniejsze, gdy tylko dochodzą do władzy.

To, że polityka taka właśnie jest i to, że politycy tacy właśnie są, to jest wina nas samych – wyborców. Przez długie lata nauczyliśmy ich tego, że to my mamy być dla nich, gdy tymczasem powinno być odwrotnie. To politycy powinni być dla nas, bo to my, wyborcy, wynajmujemy ich do pracy, a nie odwrotnie. Wielu wyborców traktuje polityków jak współczesne bóstwa, bezrefleksyjnie patrząc na nich maślanymi oczyma. A oni bez żadnej żenady to wykorzystują. Gdy człowiek przestaje krytycznie patrzyć na otaczający go świat, a na politykę zwłaszcza, dzieje się źle.

Polityka nie musi taka być. Ale będzie taka, gdy relatywizm w polityce grać będzie pierwsze skrzypce w tej mocno już rozstrojonej orkiestrze.

2 odpowiedzi

  1. Czytam to w niedzielę o 5 rano.
    Myślę Jacku, że choć wiele osób, bez wahania, podpisze się po Twoim tekstem, to wiele też wzruszy ramionami i przejdzie nad tym do „porządku dziennego”. I to też będzie relatywizm. Gratuluję pióra i trafności skojarzeń. Pozdrawiam , Udostępniam .

    1. Dzięki, Dzidka.
      Uważam ten tekst za jeden z najważniejszych, jaki napisałem w ostatnim czasie.
      Jak jednak widać, nie jest on tak popularny jak inne. Ciekawe dlaczego…

      Jacek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *