O trudnej historii polsko-ukraińskiej oraz fatalnej i koniunkturalnej decyzji Nawrockiego 

I.

O trudnej historii relacji polsko-ukraińskich pisałem szeroko w październiku 2025 roku.  

Dzisiaj chciałbym do tych moich zapisków wrócić, a katalizatorem tego powrotu jest oczywiście wystąpienie „pana prezydenta” Nawrockiego, uzasadniające jego decyzję o odbiorze Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy Zełeńskiemu. Uzasadnienie to jest książkowym przykładem jednostronnego spojrzenia na historię polsko-ukraińską z poziomu typowej dla polskiego nacjonalizmu polonofilii. U Nawrockiego, przypomnijmy: doktora historii, to rzecz niesłychana, ale jednocześnie nic nowego. 

Wyznawcy i zwolennicy Mentzena, Brauna i Bosaka oraz wyznawcy kaczyzmu (to pod względem ukraińskich obsesji podobny elektorat), do których zaliczył się doktor Nawrocki na własne życzenie, pokazali już nie raz, jak bardzo skrzywiony mają obraz tych relacji. Edukacyjną rolę w życiu społeczeństwa powinna w zasadzie odgrywać szkoła podstawowa i średnia, ale, jak wiadomo nie od dziś, edukacja w III RP to porażka wszystkich liberalno-demokratycznych rządów. Włącznie z obecnym. 

Wyręczając więc szkołę, postaram się w kilku zdaniach wyłuszczyć historię relacji polsko-ukraińskich, z oczywistych względów w dużym skrócie, odstawiając na bok wszystkich tych ułomków, którzy piszą do mnie per „ty jebana ukraińska kurwo”, „jebany cwelu”, „jebał cię pies, kurwo” itp. Nie pastwiąc się nad głupotą ludzką, skupmy się na konkretach. 

Prawicowa i prawacka wizja relacji polsko-ukraińskich jest zawsze jednostronna i zaczyna się w latach 43-45 ubiegłego wieku, czyli dotyczy wyłącznie zbrodni na Wołyniu. Tak jakby nie było tego wszystkiego, co było wcześniej. W tej wizji historii Polak jest zawsze tym dobrym, Ukrainiec tym złym. Nie ma tu miejsca na fakty, głębsze i szersze widzenie historii, o złożonych procesach historycznych nie mówiąc. 

To typowe dla polskiej prawicy spojrzenie na historię, w której Polak ma skrzydła huzara i orła wielkości słońca na plecach, a wizja ta jest bliska polskiemu postrzeganiu chrześcijaństwa. Jak wiadomo w tej wizji Jezus urodził się w żłóbku na Podhalu. Infantylizm postrzegania historii polsko-ukraińskiej jest właśnie taki, jak ta infantylna wizja polskiego chrześcijaństwa, czy wężej – polskiego katolicyzmu. 

Tymczasem relacje polsko-ukraińskie naznaczone są wiekami wydarzeń dobrych i tragicznych, a ich początki sięgają Mieszka I i dynastii Rurykowiczów. 

Całe wieki relacje te były poprawne i związane ze wspólnymi celami państwa polskiego i Rusi Kijowskiej (nie mylić z Rosją, która w dziejach stosunków polsko-ukraińskich odegrała rolę wiodącą). Przykładem tych poprawnych stosunków może być wojna Rzeczpospolitej z Turcją, której kluczowym starciem była bitwa pod Chocimiem w 1621 roku, gdzie starły się wojska polsko-litewsko-ruskie przeciw największemu w tamtym czasie imperium. Trudno tu przytaczać historię całych wieków, bo miejsca jest mało, mimo wielu dowodów pokojowej współpracy, nie można zapominać, że jednak cechą charakterystyczną naszych relacji zawsze było to, że Polak był na wschodzie panem, a Ukrainiec poddanym. To będzie rzutować na całe wieki stosunków między oboma narodami, a jednym z ich symboli jest powstanie Chmielnickiego, które w niczym nie poprawiło tych relacji. Za to gdzie dwóch się biło, trzeci skorzystał. Caryca Katarzyna walnie przyczyniła się do upadku Rzeczpospolitej i Rusi. 

Punktem zwrotnym okazały się rozbiory Polski, co spowodowało wzrost świadomości narodowej u Ukraińców. Polacy i Ukraińcy w zasadzie walczyli o to samo – Polacy z trzema zaborcami, Ukraińcy z carską Rosją. Rosja, jako wspólny wróg, będzie w naszych relacjach grała znaczącą rolę. I wojna światowa, upadek imperiów i dążenia wolnościowe całych narodów w Europie spowodowały wzrost napięć między narodami polskim i ukraińskim. Mamy tu przykłady traktatów brzeskiego i ryskiego, w którym Polska w zasadzie uznała zwierzchność Rosji nad „niepolską” częścią Ukrainy, ale też wojny polsko-sowieckiej, podczas której wojska polskie walczyły ramię w ramię z ukraińskimi. Była też wcześniej wojna polsko-ukraińska lat 1918-19, która dała zwycięstwo Polsce, ale z wynikami której Ukraińcy nigdy się nie pogodzili. Wojna polsko-bolszewicka na moment zjednoczyła oba narody. 

Potem aż do wybuchu II wojny światowej był cały szereg fatalnych i błędnych decyzji kolejnych rządów II RP w stosunkach Polski z Ukrainą, przy czym jasno trzeba powiedzieć, że po obu stronach nie było miłości, a odwet był głównym elementem w tych relacjach. Wizja prawego Polaka i złego Ukraińca, którą tak uwielbia polska prawica od czasów II RP, to wizja z cukrowej waty, niemająca z prawdą historyczną wiele wspólnego. 

II.  

W dwudziestoleciu międzywojennym utrwalał się obraz pana Polaka i jego poddanego – Ukraińca. Polacy mieszkali bowiem głównie w miastach, a na wsi byli właścicielami majątków ziemskich, w których nie zawsze ukraińscy chłopi traktowani byli tak dobrze, jak opisał to Jarosław Kurski w „Dziadach i dybukach” – sielskiej opowieści o korzeniach swojej rodziny. 

W czasie II RP stosunek polskich elit politycznych do Ukraińców przeplatał się od asymilacji politycznej, za którą optowali Piłsudczycy do pełnej asymilacji narodowej, za którą opowiadali się Endecy. Pacyfikacje prowadzone przez Polaków w miejscowościach ukraińskich na terenie Galicji Wschodniej w 1930 roku z zastosowaniem zasady zbiorowej odpowiedzialności w reakcji na akty terroru OUN; represje wobec działaczy ukraińskich, zamykanie członków OUN – obok komunistów, nacjonalistów, socjalistów i ludowców, obywateli II RP innej narodowości niż ukraińska – bez wyroku w obozie odosobnienia w Berezie Kartuskiej (Piłsudski); polskie osadnictwo wojskowe na Wołyniu i cywilne w Galicji Wschodniej na terenach o przewadze ludności ukraińskiej; wreszcie brutalna polityka narodowościowa z końca lat trzydziestych (na czele z niszczeniem świątyń prawosławnych i przypadkami nawracania siłą na katolicyzm wiernych Kościoła prawosławnego na Wołyniu i Lubelszczyźnie w 1938 roku) – to wszystko sprzyjało wzrostowi wrogości Ukraińców do państwa polskiego w przededniu wybuchu II wojny światowej. 

Po stronie Ukraińskiej narastał opór, w siłę rosły dążenia narodowościowe – Czyż można mieć to za złe Ukraińcom? Polski nacjonalizm nie różnił się od ukraińskiego. Nie różni się także i dzisiaj. Ale prawicowe spojrzenie na historię mówi, że tylko ten polski jest właściwy. 

Wybuch II wojny światowej spowodował dalszy wzrost napięć w obu narodach, chociaż trzeba przypomnieć, że w kampanii wrześniowej po stronie polskiej walczyło ok. 100 tysięcy Ukraińców, oddając życie za Rzeczpospolitą. Pojednanie między narodami utrudniało jednak z jednej strony stanowisko polskiego rządu na uchodźstwie oraz przywódców podziemia w kraju, którzy patrzyli na sprawę Ukrainy tak samo jak przed wojną, a z drugiej – wiązanie idei narodowościowych ukraińskich elit ze współpracą z Niemcami przeciwko Rosji Sowieckiej. 

Oba powstałe na przełomie 1939/40 roku odłamy OUN (Andrija Melnyka i Stepana Bandery) patrzyły na sprawę niepodległości Ukrainy tak samo – chciały budowy ukraińskiej państwowości w granicach uznanych za etnograficzne, które obejmowały także okupowane południowo-wschodnie ziemie II RP. Melnyk i Bandera różnili się jedynie metodami dojścia do celu. 

Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej na moment ożywił nadzieje obu narodów, związaną ze znaną już doktryną wyniszczenia się dwóch największych wrogów Polski i Ukrainy. Dla Polaków klęska Niemiec i Rosji oznaczałaby powrót do postrzegania spraw ukraińskich tak samo jak przed wojną, na co organizacje narodowo-wyzwoleńcze w Ukrainie nie mogły sobie pozwolić. Po klęsce Niemiec pod Stalingradem UON-B pod przywództwem Bandery postanowił nasilić działania. Na Wołyniu powstało 14 oddziałów wojskowych i wywołane zostało narodowe powstanie przeciwko wszystkim wrogom Ukrainy, spośród których Polacy uznawani byli za tych najważniejszych. 

Na przełomie 1942/43 dowództwo UON-B podjęło decyzję o rozpoczęciu akcji antypolskiej na całym Wołyniu. Miała ona charakter krwawej zbrodni na polskiej ludności. Należy jednak podkreślić, że byli też Ukraińcy, którzy z narażeniem życia pomagali polskim sąsiadom. Apogeum ukraińskiego terroru na Wołyniu przypadło na lato 1943 roku, ale zbrodnicze akty trwały aż do 1945 i objęły także wschodnie ziemie polskie – tu jednak nie były tak krwawe, jak na Wołyniu. 

W reakcji na terror ukraiński polskie podziemie podjęło akcje terroru wobec ludności ukraińskiej. 

III.

Ogólny bilans ofiar do dziś jest niepełny i wymaga uściślenia. Uważa się, że zbrodnia wołyńska OUN-B i UPA od zimy 1942/43 do wiosny 1945 przyniosła śmierć około 80–100 tysiącom Polaków, z czego 40–60 tysięcy zginęło na Wołyniu, od 20 do ponad 30 tysięcy w Galicji Wschodniej i do 2 tysięcy na Lubelszczyźnie. Z kolei w rezultacie antyukraińskich wystąpień polskiego podziemia do wiosny 1945 zginęło nie mniej niż 10 tysięcy Ukraińców, z czego 2–3 tysiące na Wołyniu, 1–2 tysiące w Galicji Wschodniej, większość zaś – 6 tysięcy – na ziemiach dzisiejszej Polski, z czego do 4 tysięcy na Lubelszczyźnie i 2 tysięcy na Rzeszowszczyźnie. 

Po II wojnie światowej doszło też do masowych przesiedleń po obu stronach, po stronie polskiej akcja „Wisła” spowodowała przesiedlenie tysięcy ludności pochodzenia ukraińskiego na tereny północnych i zachodnich ziem odzyskanych. 

Od wieków historia relacji polsko-ukraińskich jest trudna i pogmatwana, po zbrodni wołyńskiej i polskiej reakcji na nią – jeszcze bardziej. Ale od tamtego czasu minęło 80 lat i elity obu narodów próbują się pojednać. Nie jest to proces łatwy, bo po obu stronach siły nacjonalistyczne w równym stopniu temu procesowi chcą przeszkodzić, licząc na polityczne profity. Polscy nacjonaliści nie rozumieją, że dla ukraińskich nacjonalistów Bandera jest bohaterem narodowym, który walczył o wolność Ukrainy. Żądania polskich nacjonalistów, których politycznie wspiera Nawrocki, aby usunąć symbole banderyzmu z przestrzeni publicznej nie pomagają w już i tak trudnym procesie pojednania. Oba narody mają swoich bohaterów i oba patrzą na nich z innego punktu widzenia. Decyzja o odbiorze najważniejszego polskiego odznaczenia prezydentowi Zełeńskiemu tylko dolało oliwy do ognia.  

Dzięki latom wspólnych badań polskich i ukraińskich historyków, polityczne elity Ukrainy dojrzewają do spełnienia polskich oczekiwań, czego przejawem jest zgoda w 2024 roku na ekshumacje ofiar zbrodni wołyńskiej – proces ten, przy udziale przedstawicieli obu stron, trwa, wbrew kłamliwej narracji polskiej prawicy. 

Polsko-ukraińskie pojednanie było dziś bliżej, niż kiedykolwiek w dziejach (z wyjątkiem początków obu państw). Ale, jak widać, dajemy sobie to odebrać.  

Wiedza, fakty historyczne, szersze i głębsze spojrzenie na wieki naszych wspólnych relacji to właściwa droga do zrozumienia dążeń obu narodów i różnego punktu widzenia, ale często też zbieżnych racji stanu, gdy chodzi o wspólnego wroga, jakim jest imperialna Rosja i jej polityka wobec obu narodów i państw. Od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie Polska i Ukraina zrobiły bardzo dużo, aby do tego zbliżenia doszło. Tak, to prawda, że Polska pomogła Ukrainie nie tylko finansowo, ale też militarnie i społecznie. Takie spojrzenie, wyłącznie jednostronne, jest typowe dla prawicowej polonofilii, przecież Ukraina płaci najwyższą daninę, daninę krwi, broniąc nie tylko Polskę, ale i całą Europę przed rosyjskim imperializmem. Bezustanne przypominanie o polskiej pomocy, przy jednoczesnym pomijaniu roli ukraińskiego państwa jest dobitnym dowodem na brak zrozumienia procesów, dziejących się obecnie na świecie. Nawrocki w swoim wystąpieniu dokładnie to potwierdził.  

IV.

„Pan prezydent” Nawrocki zdecydował o odebraniu orderu Orła Białego prezydentowi Zełeńskiemu, ale nic nie wiadomo, aby odebrał go także:  

Katarzynie II Wielkiej, Carycy Rosji, która zainicjowała rozbiory Polski, prowadzące do likwidacji polskiej państwowości. Odznaczonej w 1787 roku. 

Benito Mussoliniemu, przywódcy faszystowskich Włoch. Odznaczonemu w 1923 roku. 

Miklósowi Horthy’emu, Regentowi Królestwa Węgier, który w okresie II wojny światowej kolaborował z III Rzeszą. Uhonorowany w 1929 roku. 

Gerhardowi Schröderowi, byłemu kanclerzowi Niemiec, kumplowi Władimira Putina, który okazał się być jego V kolumną w Europie. Odznaczonemu w 2002 roku. 

W każdym z tych przypadków mógł zrobić to symbolicznie. Dodatkowo Schröderowi mógł odebrać Order tak samo jak Zełeńskiemu. Odsyłając Order w paczce, kurierem, prezydent Zełeński wypomniał to Nawrockiemu. Co było rzecz jasna oczywistością nietrudną do przewidzenia.  

Czytam właśnie książkę Przemysława Kalskiego o trudnej sztuce negocjacji. Pisze on tak:  

„Negocjacji należy unikać jak ognia. Negocjacje są niebezpieczne – lepiej załatwiać sprawy tak, aby nie były konieczne. Poza tym… nawet jeśli możesz coś negocjować – sprawdź, czy warto”. 

I dalej:  

„Negocjacje zawsze zaczynają się od słowa 'nie’. Od różnicy zdań i interesów, niepewności, zanegowania, konfliktu, zagrożenia i nawet jeśli są przyjazne i empatyczne, to są oparte na konfrontacji z tym, że strony w czymś się nie zgadzają. Zwykle od tego punktu się zaczynają i tego punktu unikać nie można. To jest „jądro” negocjacji. To bezpośrednia interakcja z drugą stroną, która czasem bywa nerwowa. To konfrontacja z trudnością, która zawsze gdzieś jest, gdyby jej nie było, negocjacje byłyby zbyteczne.  

Ludzkie mózgi zaprogramowane są tak, aby przeżyć, a nie po to, aby myśleć. Dlatego pierwszą reakcją na konfrontację lub konflikt jest zawsze obrona, aby nie stracić, lub reakcja wojenna”.  

Mam nieodparte wrażenie, że „pan prezydent” albo w ogóle nie przerobił tej trudnej sztuki, albo przerobił, ale w jednym tylko, ograniczonym zakresie. W rzeczonej sprawie należało, w imię myślenia o przyszłości wzajemnych relacji, takie negocjacje podjąć, tym bardziej, że strona ukraińska wysyłała jasne sygnały, że jest otwarta na rozmowę, sugerując chociażby zmianę nazwy tego batalionu, precyzującą rolę UPA w historii Ukrainy. Cały zresztą ten spór jest burzą w szklance wody, bo Zełeński nie nazwał całej armii w ten sposób, a jedynie jeden batalion. Nie pułk, nie brygadę, tylko batalion. Kilkuset żołnierzy. W armii takich batalionów jest grubo ponad 100.  

Decyzja Nawrockiego jest rzecz jasna częścią szerszego planu podkładania kłód pod nogi Tuskowi. Zwłaszcza, że ostatnio „panu prezydentowi” gorzej szło. Jego wizyta na urodzinach Trumpa, która miała być sukcesem „pana prezydenta”, okazała się jedną wielką klapą, okraszoną dziesiątkami sarkastycznych memów w mediach społecznościowych. Dla polityka nie ma nic gorszego niż wyśmiewanie przez wyborców. Uderzył więc „pan prezydent” na odlew, jak przystało na uczestnika kibolskich ustawek w lesie, w premiera, najbliższego politycznego wroga, a de facto uderzył w Polskę.  

Będziemy się teraz z tego syfu dźwigać miesiącami, a na Kremlu Putin zamówił już nowe dostawy szampana.  

Tak właśnie dopiął swego „pan prezydent”. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *