Temat uchodźców stał się, co było do przewidzenia, ponownie wiodącą osią PiS-owskiej kampanii wyborczej, dokładnie tak samo jak w 2015 roku. Z tym że teraz jest to temat dużo bardziej nasilony, wręcz natrętnie i z uporem maniaka serwowany w przejętych całkowicie od lat mediach publicznych. Tym bez wątpienia różnią się te dwie kampanie – dzisiaj wyborca obozu Zjednoczonej Prawicy atakowany jest tą narracją od świtu do nocy. Jak ten elektorat to wytrzymuje – nie mam pojęcia, wszakże wszystko się kiedyś w końcu nudzi. Ale być może ich nie doceniamy, być może oni nienawiścią do innych muszą się karmić bez ustanku. Zapewne tak jest, skoro PiS w sondażach cały czas przoduje. Inna kwestia, na ile sondaże te są prawdziwe.
Postanowiłem i ja wtrącić tu swoje trzy grosze, przypominając Państwu swój felieton z 15 czerwca 2017 roku, który opublikowałem wtedy na blogu Liberté. Mimo upływu czasu niczego w nim nie zmieniłem, aby pokazać, jak bardzo jest on nadal aktualny.
Zapraszam serdecznie. Oto tenże felieton.
Ekumeniczną, w istocie, zasadę ordo caritatis – porządku umiłowania, jak błędnie, ale celowo, przyjęła prawica za swój drogowskaz, Jarosław Kaczyński wykorzystuje do swoich celów, wypaczając jej sens, mówiąc: “Musimy szukać zasady innej, zasady, która by moderowała ten radykalizm. Otóż taka zasada istnieje – to jest ordo caritatis – porządek miłosierdzia, umiłowania. I w ramach tej zasady: najpierw są najbliżsi, rodzina, później naród, później inni”. Mądrze to brzmi, trzeba przyznać. Prezes PiS uwielbia zresztą używać mądrze brzmiących słów, podkreślając swoją inteligenckość – dokładnie tak samo jak peerelowscy dygnitarze dodawali sobie powagi, ale poza widowiskowym efektem typowym dla nowomowy, sensu w tym nie ma żadnego.
Narracja Kaczyńskiego usprawiedliwia zatem prawicę polską, zezwalając jednocześnie na jej uświęcony egoizm – zamknijmy Polskę przed wyzwaniami współczesnego świata i zajmijmy się sobą. Jakież to antychrześcijańskie i kształtujące konformizm jednocześnie. Do tego całkowicie niezgodne z wiekową tradycją narodu polskiego, jaką jest tradycja tolerancji wobec innych. Tak wiem, dziwnie to brzmi dzisiaj, ale to właśnie Rzeczpospolita była wieki całe schronieniem dla różnych narodowości i to dopiero doktryny polityczne lat 30. ubiegłego wieku spowodowały, że bardzo tolerancyjny naród stał się narodem najbardziej ksenofobicznym. Prawica polska pracowała nad tym latami i pracuje nadal bardzo usilnie, efektem czego są słowa wypowiedziane przez premier Szydło, 14.06 (2017), w Oświęcimiu: „Auschwitz to lekcja tego, że należy uczynić wszystko, aby chronić swoich obywateli”. Nie wiem, kto pisze przemówienia pani premier, ale musi być to ktoś o wyjątkowo niskim wyczuciu politycznym, mówiąc delikatnie, bo właściwie należałoby użyć słów bardziej dosadnych i zdecydowanie mniej parlamentarnych. PiS zapędził się w swym nieugiętym stanowisku w kozi róg i wyjście z niego nie będzie proste. Nie obędzie się też bez szkód – tu, czy za granicą. Żadnej refleksji u nich nie ma.
Cóż właściwie powiedziała premier Szydło? Spieszę wyjaśnić. Otóż w roku 1933 rozkazem Himmlera otwarto pierwszy obóz koncentracyjny w Niemczech (w Dachau), a sam Himmler, w „Münchner Neueste Nachrichten” w notce „In der Nähe von Dachau” z 21 marca 1933 roku tak wyjaśniał, po co Niemcom obóz koncentracyjny: „W środę pierwszy obóz koncentracyjny zostanie otwarty pod Dachau. Ma miejsca na pięć tysięcy osób. Będzie się tam koncentrowało wszystkich komunistów i, jeśli to konieczne, Reichsbannerów [bojówki prodemokratyczne] oraz funkcjonariuszy marksistowskich, którzy zagrażają bezpieczeństwu państwa, jako że w dłuższej perspektywie nie jest możliwe pozostawienie funkcjonariuszy komunistycznych w miejscowych aresztach, jeśli nie chcemy przesadnie obciążyć aparatu państwowego. Z drugiej strony nie do przyjęcia jest wypuszczenie ich na wolność. Dokonane przez nas jednostkowe eksperymenty pokazują, że nie przestają oni agitować i próbują się jednoczyć. Zastosowaliśmy ten środek nie bacząc na drobne wahania, w przekonaniu, że tak uspokajamy ogół narodu i działamy w jego duchu”.
Brzmi dziwnie znajomo, prawda?
Sprowadzać kwestię uchodźców do takiego miejsca jak Obóz Koncentracyjny w Oświęcimiu, to jest przejaw politycznej paranoi, ale i też politycznej słabości w istocie. Błaha bowiem sprawa, została przez PiS doprowadzona do rangi wojny z Unią Europejską, jakby Unia była jakimś naszym śmiertelnym wrogiem. Fakt, dziwny to wróg, który od lat dofinansowuje polską gospodarkę miliardami euro. Gdzie tu sens? Sens jest – zmanipulowanym narodem rządzi się łatwiej. Wiedzieli to komuniści i zasadę tę stosowali od zarania swego istnienia. Z tych samych wzorców czerpie Kaczyński – wzorce ma w końcu silnie rodzinne.
O co PiS toczy wojnę? O około 6 900 uchodźców głównie z Syrii. Uchodźców, nie imigrantów, bo to istotna różnica, o czym za chwilę.
Najpierw trochę historii, bo w dzisiejszej, mało merytorycznej debacie, takiego rysu historycznego ewidentnie brak. Czym są uchodźcy w ujęciu europejskim?
Współczesna Europa swój kształt i poziom rozwoju gospodarczego zawdzięcza w znacznym stopniu masowym przemieszczeniom ludności. W okresie następującym bezpośrednio po zakończeniu wojny, aż do lat siedemdziesiątych XX wieku, ruch ludności w Europie nie budził niepokoju. Przeciwnie, był on postrzegany jako czynnik sprzyjający rozwojowi na bardzo wielu płaszczyznach.
Lata powojenne.
Lata powojenne, to czas budowania na naszym kontynencie nowego ładu. Istotnym ogniwem tego procesu były masowe migracje ludności, które występowały niemal we wszystkich państwach Europy. Pierwszy etap tych ruchów wiązał się z powrotami ludności przymusowo przesiedlonej lub deportowanej podczas wojny oraz z migracjami wynikającymi z powojennej zmiany granic państwowych. Szacuje się, że w trakcie wojny i krótko po jej zakończeniu swoje miejsce zamieszkania zmieniło w Europie około 25 milionów ludzi. Omawiane przemieszczenia dotyczyły także Polaków przesiedlanych ze wschodnich kresów II Rzeczypospolitej na tak zwane „ziemie odzyskane”.
Kolejnym czynnikiem warunkującym masowe migracje była dekolonizacja. W jej skutek na stary kontynent powracali nie tylko Europejczycy, lecz także mieszana i rdzenna ludność kolonii, która w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych była w Europie mile widziana. W ten sposób do Wielkiej Brytanii napłynęła ludność przede wszystkim z Półwyspu Indyjskiego i z Karaibów, do Francji zaś – z Afryki Subsaharyjskiej i z krajów północno-zachodniej Afryki.
Inny masowy ruch migracyjny wiązał się z dynamiczną ekspansją gospodarczą krajów Europy Zachodniej, która zwiększała zapotrzebowanie na tanich pracowników, początkowo z Włoch, Portugalii, Grecji i Hiszpanii, a następnie także z Turcji i państw Maghrebu. W tamtym okresie europejska polityka migracyjna charakteryzowała się dużą otwartością. Obywatele dawnych kolonii mogli się stosunkowo łatwo dostać na stary kontynent, otrzymując wizę lub prawo tymczasowego pobytu w ramach ruchu bezwizowego, co sprzyjało migracji rotacyjnej. Rządy państw Europy Zachodniej szybko zdały sobie sprawę z korzyści – przede wszystkim ekonomicznych – które płynęły ze stosowania tego rozwiązania, i prowadziły politykę otwartości aż do lat siedemdziesiątych.
Czwarty typ ruchów migracyjnych w powojennej Europie związany był z istnieniem osób poszukujących azylu. Masowe ruchy ludności, które stanowiły bezpośrednią konsekwencję II wojny światowej, skłoniły rządy europejskie do stworzenia zinstytucjonalizowanego systemu ochrony uchodźców. Z dość oczywistych przyczyn współpraca w tym zakresie rozwijała się wtedy wyłącznie pomiędzy państwami Europy Zachodniej i to właśnie one stały się w 1951 roku pierwszymi sygnatariuszami Konwencji Genewskiej.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych źródłem migracji była jednak również sama Europa. Osobami poszukującymi azylu na jej zachodzie byli w przeważającej większości obywatele znajdujących się pod wpływem ZSRR państw Europy Środkowej i Wschodniej, w tym głównie z Polski. Zwiększony napływ uchodźców z tej części kontynentu był skutkiem między innymi Poznańskiego Czerwca 1956 roku, powstania na Węgrzech kilka miesięcy później oraz Praskiej Wiosny i polskich Wydarzeń Marcowych w roku 1968. Europa Zachodnia chętnie przyjmowała uchodźców z bloku wschodniego, co miało także swój wymiar ideologiczny i polityczny.
Lata siedemdziesiąte.
W latach siedemdziesiątych obserwujemy w Europie powolny, ale konsekwentny wzrost liczby aplikacji o azyl. Nagły skok następuje w drugiej połowie dekady. Według danych UNHCR, w roku 1972 w krajach Europy Zachodniej aplikację o status uchodźcy złożyło 13 tysięcy osób. Zaledwie pięć lat później liczba ta była już ponad dwukrotnie większa.
Wzrost liczby aplikacji o status uchodźcy stanowił bezpośrednią konsekwencję wprowadzenia przez państwa Europy Zachodniej znacznie bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej. W obliczu ograniczenia prawa do wjazdu na kontynent w ramach ruchu bezwizowego oraz możliwości stosunkowo łatwego otrzymania wizy, osoby pragnące dostać się do Europy zaczęły częściej korzystać z prawa do ubiegania się o azyl.
Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte.
Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte charakteryzowały się zwiększonym napływem do Europy uchodźców z krajów nieeuropejskich – przede wszystkim Iranu, Iraku, Sri Lanki, Libanu, Etiopii i Turcji. Do krajów Unii Europejskiej przyjeżdżali także obywatele Polski i Jugosławii. Liczba wniosków o azyl z roku na rok wzrastała. Zmieniała się także europejska polityka migracyjna, która – począwszy od kryzysu naftowego w 1973 roku – stawała się coraz bardziej restrykcyjna i nastawiona na selekcję osób ubiegających się o prawo do wjazdu. W związku z zaostrzeniem regulacji coraz więcej osób decydowało się na skorzystanie z możliwości złożenia wniosku o azyl.
W roku 1985 liczba aplikacji złożonych przez uchodźców przekroczyła oficjalne wskaźniki dotyczące liczby migrantów ekonomicznych i wyniosła ponad 165 tysięcy. Rok 1992 przyniósł ponad 700 tysięcy aplikacji. Europa była zupełnie nieprzygotowana na taki wzrost liczby ludzi poszukujących azylu. Nie bez znaczenia pozostawały tu toczące się w różnych częściach świata konflikty zbrojne oraz niestabilna sytuacja polityczna, społeczna i ekonomiczna, będąca najczęściej bezpośrednim skutkiem tych konfliktów.
Znaczny wzrost liczby wniosków o azyl składanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w państwach Europy Zachodniej szybko doprowadził do obniżenia liczby aplikacji rozpatrywanych pozytywnie. Taką decyzję otrzymywało jedynie 11 procent aplikujących, a podobnej liczbie osób gwarantowano inną formę ochrony. Mimo że te wskaźniki były wyraźnie niższe niż w latach poprzednich, to w porównaniu z obecnym wskaźnikiem akceptowalności wniosków i tak są one bardzo wysokie.
W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych krajem, w którym składano najwięcej aplikacji o status uchodźcy, pozostawała niemal niezmiennie Republika Federalna Niemiec. Trafiało do niej między 42 a 60 procent wszystkich składanych w Europie wniosków.
Lata dwutysięczne.
Lata dwutysięczne charakteryzują się przede wszystkim dalszym zaostrzaniem polityki migracyjnej w państwach Unii Europejskiej. To także czas, w którym Europa zauważa wszystkie błędy popełnione w latach poprzednich, na przykład nieskuteczność lub brak programów integracyjnych, które doprowadziły do postępującej segmentacji i polaryzacji społecznej. Upadkowi wiary w możliwość zbudowania społeczeństwa multikulturowego towarzyszy także wzrost frustracji oraz nastrojów nacjonalistycznych i ksenofobicznych, który obserwujemy obecnie niemal we wszystkich państwach Unii.
W latach dwutysięcznych, aż do chwili obecnej, obserwuje się rokroczny wzrost liczby aplikacji składanych w Europie. W roku 2008 w krajach Unii złożono 290 tysięcy podań o przyznanie statusu uchodźcy. W roku 2013 było to już 485 tysięcy.
Według danych UNHCR z lat dwutysięcznych (do 2013 roku), państwami, do których trafia największa liczba uchodźców, są: Niemcy, Francja, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy, Belgia, Norwegia i Turcja, a spośród krajów nieeuropejskich także Stany Zjednoczone i Kanada.
Wśród osób poszukujących schronienia w krajach Unii Europejskiej są obywatele wielu państw. Państwa te zmieniają się z roku na rok, wraz z zachodzącymi na świecie zmianami geopolitycznymi. Obywatele kilku państw zajmują jednak niezmiennie czołowe miejsca w tym rankingu. Wiąże się to z toczącymi się w tych państwach wojnami oraz z panowaniem reżimów, które sprawiają, że sytuacja społeczna i ekonomiczna w tych regionach charakteryzuje się dużą niestabilnością. Należą do nich obywatele Federacji Rosyjskiej (w 2014 stanowili oni 6,7 procent wszystkich uchodźców), z których znaczną część stanowią zapewne mieszkańcy Kaukazu (Czeczeni, Dagestańczycy, Ingusze), a także Afgańczycy (6,5 procent), Irakijczycy (6,4 procent), obywatele Serbii wraz z Kosowem (5,8 procent), Pakistańczycy (4,4 procent), Irańczycy (4 procent) i Somalijczycy (3,9 procent). Największy odsetek aplikujących o status uchodźcy w 2014 roku stanowili jednak Syryjczycy (9,4 procent), którzy opuszczają swój kraj z powodu trwającego konfliktu zbrojnego. Po raz pierwszy pojawili się oni w czołówce statystyki w roku 2012 (6 procent).
Budowa fortecy Europy.
W związku z przyspieszonym napływem uchodźców oraz rosnącą liczbą osób przebywających w Europie bez uregulowanej sytuacji prawnej, tutejsze rządy zdecydowały się na wprowadzenie nowej polityki migracyjnej, której symbolem stało się określenie „forteca Europa”. W celu ograniczenia napływu ludności na stary kontynent wprowadzono w Europie cztery rodzaje restrykcji, polegające na przerzuceniu odpowiedzialności na inne podmioty, i to pomimo ostrzeżeń, że doprowadzi to do dalszych niepowodzeń.
Pierwszy krok polegał na nałożeniu sankcji na przewoźników transportujących osoby bez wymaganych dokumentów. To jedna z przyczyn, dla których wiele osób chcących dostać się do Europy wciąż decyduje się na niebezpieczną podróż przez morze.
Drugi krok polegał na wdrożeniu „polityki odsyłania” i sporządzeniu listy tak zwanych „krajów bezpiecznych”. Zawarcie odpowiednich umów pozwala państwom Europy Zachodniej na odesłanie danej osoby do „trzeciego bezpiecznego kraju”, przez który podróżowała. Umowy te rzadko zawierają gwarancje dla uchodźcy, że jego aplikacja zostanie w tym kraju faktycznie rozpatrzona, bowiem ich celem jest legitymizacja decyzji o odsyłaniu osób poszukujących azylu do krajów, w których rzekomo nic im nie zagraża.
Trzeci krok to coraz bardziej restrykcyjne stosowanie zapisów Konwencji Genewskiej i przyznawanie statusu uchodźcy tylko tym osobom, które spełniają bardzo precyzyjnie określone warunki. Nie oznacza to, że kraje Europy odsyłają z kwitkiem osoby, które udokumentowały zagrożenie, z jakim wiąże się dla nich powrót do kraju pochodzenia, ale nie spełniają wszystkich kryteriów niezbędnych do uzyskania statusu uchodźcy. W takich sytuacjach zazwyczaj przyznaje im się inny rodzaj statusu – ochronę uzupełniającą lub pobyt tolerowany, który wiąże się z mniejszymi prawami i ograniczonym dostępem do świadczeń.
Ostatnim krokiem było stopniowe ograniczanie praw przysługujących osobom posiadającym już status uchodźcy lub inną formę ochrony. Przejawiało się to między innymi w utrudnianiu im dostępu do rynku pracy i poboru świadczeń socjalnych oraz w zaostrzaniu zasad regulujących sprowadzenie do Europy członków ich rodzin.
Powyższy rys historyczny pokazuje wyraźnie, że obecny kryzys migracyjny ma bardzo złożone przyczyny i wcale nie jest li tylko źródłem potrzeb ekonomicznych Niemiec, jak to próbują przedstawiać przeciwnicy alokacji uchodźców. Rys historyczny pokazuje także, o czym każdy Polak winien pamiętać, że Polacy to jeden z najbardziej migrujących narodów na świecie – Polonia liczy bowiem około 21 milionów (wraz z osobami pochodzenia polskiego) i budowana była przez całe lata.
Unia dała Polsce miesiąc czasu na określenie się w kwestii wypełnienia podjętych zobowiązań, które są czysto solidarnościowymi zobowiązaniami. Jeśli stanowisko rządu polskiego będzie nadal tak nieugięte i antychrześcijańskie jak obecnie, zapłacimy za to my wszyscy, nie tylko zwolennicy absurdalnego zamknięcia granic dla uchodźców.
Świadomie używam i podkreślam słowo „uchodźca”, gdyż Opozycja parlamentarna, a Platforma zwłaszcza, i to znów wbrew temu, co mówi PiS, wyraźnie rozgranicza pojęcie uchodźctwa od emigracji, zwłaszcza emigracji zarobkowej. Rząd premier Kopacz wynegocjował jasne warunki z Unią. Polska zobowiązała się do przyjęcia między 5, a 7 tysięcy osób, głównie matek z dziećmi i osób starszych, z wyraźnym wskazaniem, że mają być to uchodźcy, a nie emigranci zarobkowi. Rozróżnienie to Platforma wprowadziła celowo, co w całej retoryce PiS zostało cynicznie wykorzystane do forsowania stanowiska, jakoby PO sama zaprzeczała sobie i nie wiedziała, czego chce. Tymczasem stanowisko Platformy jest nad wyraz jasne i klarowne – PO jest za wypełnieniem podjętych zobowiązań względem osób uchodzących z państw objętych wojną. Nie może być bardziej chrześcijańskiej postawy, jak ta prezentowana przez największą partię opozycyjną. Druga sprawa, że retoryka narzucona przez PiS powoduje, że PO musi na każdym kroku udowadniać, że nie jest wielbłądem. Cóż, za wcześniejsze błędy z przekazem medialnym w tej sprawie trzeba teraz słono płacić, wyjaśniając to stanowisko na każdym kroku i w każdym momencie.
Za to dzięki temu PiS jest w coraz większym chaosie, a dalsze narzucanie tematu przez Opozycję będzie tylko ten chaos pogłębiać. PiS nie potrafi już wyjaśnić nawet dlaczego przeciwne jest kanałom humanitarnym, czyli inicjatywie zaproponowanej przez Kościół rzymskokatolicki we Włoszech, która to inicjatywa jest także popierana przez niektórych, bardziej rozumnych hierarchów polskiego Kościoła. Blokowanie przyjęcia dziesięcioro dzieci na leczenie, z którą to inicjatywą wystąpił prezydent Sopotu, jest już tylko żenującą oznaką kompletnego pomylenia pojęć ze strony aktualnej władzy. Nota bene, moim zdaniem, samorządy powinny bardziej w tej sprawie naciskać i stawiać rząd pod ścianą i pręgierzem krytyki.
W tej niezrozumiałej dla mnie retoryce antymigracyjnej jest jeszcze jedna rzecz interesująca bardzo, a mianowicie brak zaufania do polskich służb specjalnych, które miałyby przecież weryfikować i sprawdzać przybywających do Polski uchodźców (mimo, że są oni już zweryfikowani przez służby europejskie). Czyżby wyczyszczone przez PiS służby cywilne i wojskowe z „platformersko-komunistycznych złogów”, jak to powtarza prawicowa retoryka, są dzisiaj tak słabe i niezorganizowane, że ten strach przed obcymi ma podłoże zupełnie inne, bardziej przyziemne, niż nam się wydaje? Może to wcale nie jest pytanie z gatunku political fiction?
Siedem tysięcy osób w blisko czterdziestomilionowym państwie po prostu zniknie niezauważona. O co więc PiS tak kruszy kopie? To oczywiste – ksenofobicznym i zastraszonym narodem łatwiej się rządzi. Jest to jednak polityka bardzo krótkowzroczna i niebezpieczna, bo prowadzi do wzrostu nastrojów antyeuropejskich, skutki czego naprawiać będzie się latami.
Może więc pora najwyższa, aby się opamiętać, władzo?
Postscriptum 24 września 2023.
Tyle felieton z czerwca 2017 roku. Jakże nadal aktualny, mimo upływu ponad sześciu lat, prawda? Czego to dowodzi? Ano tego, że modus operandi tej władzy nie zmienia się od lat kilkudziesięciu. Od czasów Porozumienia Centrum, partii – matki, „filozofia” władzy Kaczyńskiego zawsze była ta sama. Rządzić przez podział, rządzić dzięki społecznym antagonizmom. Bez wroga Kaczyński i jego partia nie istnieją.
Co się zmieniło od 2017 roku? Sporo.
Po pierwsze wybuchł potężny kryzys uchodźczy na naszej granicy z Białorusią. Reżim Łukaszenki wymyślił sobie, że użyje uchodźców w podjazdowej wojnie przeciwko Unii. Rzecz oczywista, że chodzi o zdestabilizowanie Europy – gdy na południowych granicach trwa w zasadzie nieustanny napływ migrantów w poszukiwaniu lepszego świata, Łukaszenka (w porozumieniu z Putinem) zwiózł do Białorusi tysiące migrantów, aby zdestabilizować także wschodnią granicę UE.
O ile państwa południa systemowo radzą sobie z tym problemem dużo lepiej jak jeszcze kilka lat temu, o tyle rząd PiS wymyślił sobie, że kryzys ten wykorzysta do własnych, politycznych celów. I gra na najniższych emocjach żołnierzy, służb, ale też własnych wyborców. Celowo i świadomie powtarza dwie tezy: uchodźcy z Białorusi to pociski Łukaszenki oraz Polska nie może się ugiąć pod naporem migrantów, bo jeśli się ugnie (patrz: stworzy obozy dla uchodźców) będzie ich przybywać jeszcze więcej, dlatego Straż Graniczna musi stosować push-backi (de facto zakazane i nielegalne w świetle prawa międzynarodowego i konwencji praw człowieka).
Z drugiej strony właśnie jesteśmy w samym środku chyba najbardziej perfidnej afery PiS, czyli afery związanej z handlem polskimi (i europejskimi) wizami. W ciągu ostatnich 30. miesięcy wydano ponad 250 tysięcy pozwoleń na pracę (tylko dla obywateli z państw afrykańskich i azjatyckich) i niewiadomą liczbę polskich i europejskich wiz, które można było nabyć i nadal można za kilka tysięcy dolarów jedną nie tylko w Internecie, ale także na przysłowiowym bazarku w stolicy Etiopii. Mimo podejmowanych kuriozalnych nieraz prób bagatelizowania tej afery przez PiS, nabiera ona coraz większego zasięgu. W 2017 roku PiS podnosiło krzyk o niespełna 7 tysięcy migrantów, w czasach swoich rządów wpuściło ich setki tysięcy. I bez przerwy powtarza, że Platforma wpuści tu „miliony” nielegalnych imigrantów, mimo że nikt w Unii tego od Polski nie wymaga wobec przyjęcia dwóch milionów uchodźców z Ukrainy. Postawić jednak należy tezę, że po to jest PiS-owi ten swoisty handel wizami, aby doprowadzić do zamknięcia granic z Polską i zrobić tu narodowy skansen według Kaczyńskiego – kolejny krok, żeby wyjść z Unii.
„Odpowiedź jest niesatysfakcjonująca i lekceważąca” – tak skomentowała europejska komisarz ds. wewnętrznych Unii odpowiedź rządu PiS na wysłane przez KE pismo z jedenastoma konkretnymi pytaniami w tej sprawie, przypominając, że sprawa ta dotyczy całej strefy Schengen. Na pismo kierowane do ministra Zbigniewa Raua odpowiedział wiceminister Paweł Jabłoński, co w języku dyplomacji odbierane jest zawsze jako wyjątkowy przejaw lekceważenia. Komisja czeka na uzupełnienie pisma do 3.10.
W ten gorący temat migracji wpisuje się film Agnieszki Holland „Zielona granica”. Obejrzałem go i rozumiem, dlaczego PiS wytoczył przeciwko niemu wszystkie swoje najcięższe działa. „Zielona granica” to film poruszający do głębi, przygnębiający i do bólu prawdziwy. To nie jest film antypolski, jak próbuje przedstawić to obóz władzy, to przede wszystkim film antypisowski (wiemy, że PiS świadomie to skleja – PiS równa się Polska). Uderza w białoruski reżim, ale też w europejską bezczynność. I w obóz rządzący Polską. To film o postawach ludzkich w obliczu kryzysu, z którym nie radzą sobie politycy, żołnierze, policja, aktywiści i zwykli ludzie. Każdy nie radzi tu sobie inaczej i odwrotnie – każdy próbuje tu sobie radzić, jak potrafi.
Film pełen jest scen prawdziwych – tak, tak wyglądają push-backi, bo wiemy to z relacji naocznych świadków, nie tylko aktywistów i tak, tak wygląda pokazana w filmie rewizja osobista na posterunku policji – „rozbieraj się do naga”, mówi bezduszna policjantka, aby upokorzyć psycholożkę, graną przez Maję Ostaszewską. Wiem, że tak to wygląda. Tak też wygląda pokazana przez Agnieszkę Holland indoktrynacja w wojsku – tak wyglądała w PRL-u i tak wygląda dzisiaj, tylko wróg się zmienił. Owszem, są dobrzy żołnierze i są też dobrzy policjanci. Ale są też zagubieni funkcjonariusze służb ze zindoktrynowanymi umysłami. Uchodźcy przerzucani są jak piłki, między jedną, a drugą stroną kolczastego drutu w imię chorej polityki. Tam, na tej zielonej granicy nadziei umierali i nadal umierają ludzie, a w zaciszu gabinetów kwitł i kwitnie nadal w najlepsze wizowy biznes. Dlatego PiS się tego filmu boi, dokładnie tak samo, jak komuniści bali się filmu o zabójstwie ks. Popiełuszki. Po seansie widzowie opuszczali salę kina w milczeniu. Zapłakanego młodego mężczyzny długo nie zapomnę. Ten film powinna obejrzeć każda Polka i każdy Polak. Obowiązkowo.
Afery wizowej PiS nie jest już w stanie zamieść pod dywan, jak dziesiątki innych, bo sprawa dotyczy praktycznie całej Unii i coraz więcej jest pytań w tej sprawie płynących ze stolic państw europejskich oraz z samej Brukseli. To już nie jest tylko afera krajowa, to jest afera międzynarodowa. Pytanie jest tylko jedno na 3 tygodnie przed wyborami – jaki będzie ona miała wpływ na wynik wyborów? Jeśli w ogóle będzie miała jakikolwiek, bo wiemy przecież, że PiS nie ma wyborców, PiS ma wyznawców, a wyznawca tym się różni od wyborcy, że ślepo wierzy w partię do samego jej końca.
Pisząc ten tekst korzystałem z informacji znajdujących się na portalu www.uchodzcy.info z którym zapoznanie się gorąco wszystkim polecam.